*Peg*
Idąc przez park patrzyłam się na zakochane pary. Były na prawdę urocze i zazdrościłam im tego, że znaleźli swoją drugą połówkę. Nie przejmując się tym, szłam dalej. Pogrążyłam się w myślach. Nagle stając na środku, nie wiedziałam gdzie w ogóle zmierzam. Dlatego usiadłam na ławkę. Nadal pogrążona w własnych myślach. Nagle ktoś od tyłu podszedł do mnie.
- Zgadnij kto to? - zapytał męski głos, zasłaniając mi przy tym oczy.
- Josh? - odpowiedziałam pytaniem.
- Pudło - powiedział - Louis.
- Co Ty tu robisz? Śledzisz mnie? - ponownie zapytałam.
- Nie śledzę cię kochanie - powiedział i na jego twarzy pojawił się głupkowaty uśmieszek - Po prostu przechodziłem tędy.
- I Ty myślisz, że ja ci w to uwierzę? - podniosłam jedno brew.
- Nie musisz, bo przecież ty zawsze wiesz swoje.
- Nie, po prostu nie ufam tobie - powiedziałam.
- To zaufaj - poprosił.
- Nie mogę - opuściłam głowę, bawiąc się palcami.
- Chociaż spróbuj - przysunął się do mnie na tyle blisko, że czułam jak dotykają się nasze biodra - Ten jeden raz spróbuj.
- Powiedziałam ci już, że nie mogę... Nie potrafię...
- Nie możesz, czy nie chcesz? - dotknął mojego bodpródka i pociągnął do góry, abym na niego spojrzała.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie wiedziałam co w tej chwili do niego czuję. Nic nie wiedziałam! Potrzebowałam czasu na to wszystko. Potrzebowałam spokoju, aby to wszystko przemyśleć.
- Odpowiedz - warknął.
- Nie mogę... - powiedziałam, a on się odsunął - Nie mogę ci tego powiedzieć w tej chwili...
W głębi serca chciałam mu zaufać, ale nie potrafiłam. Bałam się. Bałam się, że mnie skrzywdzi..
- Potrzebuję czasu.
- Czasu na co? - zapytał zdziwiony.
- Na przemyślenie tego wszystkiego... Czasu na to, abym mogła ci zaufać - przysunęłam się do niego i dotknęłam jego klatki piersiowej.
- Dobrze, dam ci go - powiedział, patrząc mi prosto w oczy - Ale obiecaj mi, że chociaż spróbujesz.
- Obiecuję - powiedziałam, a on mnie przytulił.
- Peg, wstawaj! - usłyszałam głos mojej matki, który wyrwał mnie z mojego dziwnego snu - Spóźnisz się do pracy!
- Już wstaję! - odpowiedziałam i zwlekłam się z łóżka.
Byłam trochę zszokowana. Ten sen był bardzo dziwny. Naprawdę! Czasami boję się mojej wyobraźni. Nigdy bym nie potrafiła, a nawet nie chciała mu zaufać. W ogóle zacznijmy od tego, że nigdy nie chciałabym być jego dziewczyną. Nie wiem dlaczego tak go nie lubię. Przecież nic mi nie zrobił, nie zaszedł za skórę. To coś... To coś od środka mnie odpycha od niego. Może i lepiej, nie chcę teraz żadnej miłość lub coś w tym stylu.
Poszłam do łazienki, aby wziąć prysznic. Dzięki niemu, codziennie rano jakoś funkcjonowałam. Gdy wyszłam z łazienki, od razu skierowałam się w stronę kuchni. Kiedy zeszłam na dół, mojej matki nie było tam. Pewnie już wyszła, aby napić się z tymi swoimi koleżaneczkami. Czasami mnie to denerwowało. Zazdrościłam innym dziewczynom matek, które robiły im śniadania i przede wszystkim troszczyły się o nie... A nie to co u mnie. Matki ciągle nie ma, zawsze gdzieś pójdzie i wraca do domu o nie wiadomo której godzinie..
- Nie będę psuła sobie dnia przez taką matkę - pomyślałam.
Szybko zjadłam śniadanie i pobiegłam do pokoju, aby przebrać się w jakieś ciuchy.
Otworzyłam szafę i przegrzebałam ją całą. Po czym doszłam do wniosku, że nie mam w co się ubrać.
Przydałoby się pójść na jakieś zakupy, ale szkoda, że u mnie krucho z kasą. Dobrze, że w tym tygodniu dostaję wypłatę. Chociaż dużo jej nie ma i zapewne starczy, aby na jedno bluzkę. Ale dobre chociaż tyle, niż nic.
Po długim namyślę postanowiłam, że ubiorę T-shirt z biało czarnymi paskami i do tego czarne jeansy.
Wyszłam z domu i zamknęłam drzwi, po czym ruszyłam w stronę biblioteki.
*Louis*
Spojrzałem na zegarek. 7:45. Jak ten czas szybko leci, ostatni raz jak spojrzałem na zegarek była dopiero 21. Wtedy siedziałem z Niall'em i rozmawiałem. Właśnie rozmawiałem o dziewczynie...o Peg. Ciągle miałem ją przed oczami, próbowałem jakoś o niej zapomnieć, ale nie mogę. Kurwa nie mogę. Nie wiem dlaczego. Nigdy tak nie miałem. Zawsze gdy sprowadzałem dziewczynę do domu, to tylko na jedną noc. Zazwyczaj bywało tak, że jak się obudziłem, jej już nie było. Nie pamiętam żadnej z nich. A Peg? Z Peg nawet nie poszedłem do łóżka, nie przyprowadziłem do domu. Nic. A najbardziej ze wszystkich dziewczyn utkwiła mi w pamięci. Nie wiem co się ze mną dzieje. Dlatego postanowiłem się trochę oderwać i pojechać na siłownię z Niall'em.
Wyszedłem z salonu, przy okazji biorąc ze sobą kurtkę ze skóry i klucze do samochodu. Miałem jechać po niego do pracy, a stamtąd prosto na siłownię.
Wsiadłem do samochodu i odpaliłem go. Ruszyłem powoli, ale po chwili przyspieszyłem. Chciałem się tam znaleźć, jak najszybciej! Niestety moje przyspieszenie długo nie trwało, ponieważ zauważyłem, że psy stoją zaraz na poboczu. Nie chciałem mieć z nimi w tej chwili do czynienia... Dlatego zwolniłem.
Skręcałem, gdy w tym samym momencie zadzwonił mi telefon. Odebrałem.
- Cześć Louis - przywitał się Niall - Mam dla ciebie złą wiadomość.
- Cześć - odpowiedziałem na przywitanie, po czym dodałem - Jaką złą wiadomość?
- Niestety dzisiaj nie będę mógł z tobą pójść na siłownie.
- Oh... Ok, rozumiem.
- Stary naprawdę przepraszam cię, ale wypadło mi coś ważnego - kontynuował rozmowę.
- Nic się nie stało Niall, nie przepraszaj - uśmiechnąłem się sam do siebie - Każdemu coś wypadnie. Może innym razem? - zapytałem.
- Jasne - odpowiedział szybko - Teraz przepraszam, ale muszę już kończyć. Cześć - rozłączył się za nim zdążyłem odpowiedzieć.
Po zakończonej rozmowie zawróciłem. I od razu pomyślałem, że zobaczę co słychać u Peg. Zapytam się jej czy drzwi zostały już naprawione. Wiem, że nie będzie zadowolona z mojego widoku w bibliotece. Niestety nic nie poradzę, że potrzebuję ją zobaczyć.
No i mamy 7 rozdział! Wiem... Możecie być na mnie źli, bo 25 komentarzy już dawno się nabiło, a ja nowego rozdziału nie dodawałam, tak jak obiecałam. Naprawdę za to Was PRZEPRASZAM !!! xx Ale najzwyczajniej w świecie nie miałam czasu, a nawet weny. Ale najważniejsze jest to, że nowy rozdział w końcu się pojawił. Mam nadzieję, że się Wam spodobał. :)
Piszcie w komentarzach co sądzicie o nowym rozdziale.
Jak myślicie jak Peg zareaguje na widok Louis'a w bibliotece? Co powie? :)
Piszecie, że przesadziłam z tymi 35 komentarzami. Więc zmieniam.
25 komentarzy = nowy rozdział
środa, 4 grudnia 2013
niedziela, 10 listopada 2013
Rozdział 6
*Peg*
Siedziałam w swoim pokoju z dobrą godzinę, czekając aż Derek skończy swoją robotę. Ta godzina minęła mi na tym, jak zwrócę Louis'owi pieniądze za naprawę drzwi. Nie mogłam tego tak zostawić. Chociaż lepiej byłoby gdybym w ogóle go nie spotkała. Wtedy to wszystko by się nie wydarzyło. Ale niestety tak widocznie musiało być. Nic na to nie poradzę.
- Peg.. - usłyszałam głos wołający moje imię.
- Tak?
- Mogłabyś tu zejść? - zapytał Derek, a ja z radością zeszłam na dół.
W końcu nie musiałam siedzieć i czekać, aż skończy naprawiać drzwi.
- W czym mogę Ci pomóc? - zapytałam z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Skończyłem już - powiedział, patrząc się na drzwi.
- Odwaliłeś kawał dobrej roboty. Naprawdę! - patrzył na mnie i widziałam, że jest zadowolony.
- Dzięki - uśmiechnął się lekko, ale jego uśmiech zaraz zniknął - Więc przyszedł czas, aby się zbierać.
- A może zostaniesz jeszcze trochę? - wypaliłam.
- Dziękuje, ale nie skorzystam z oferty, pewnie i tak już zawracam Ci głowę moją obecnością - powiedział, a ja odczułam wewnetrzną potrzebę, aby został.
- Nie mów tak! - odruchowo złapałam jego ramię - Nie zawracasz mi głowy i tak nie mam nic lepszego do roboty.
- Oh.. no dobrze.. Jeśli nie jest to dla Ciebie żaden problem, to zgoda - zauważyłam, jak jego twarz rozpromieniła się.
- Super! - klasnęłam w ręce - Więc zapraszam do kuchni.
- Poczekaj chwilę - złapał mnie za rękę, powstrzymując mnie od następnego kroku w stronę kuchni - Muszę się przebrać. W furgonetce mam ciuchy na zmianę, więc pójdę się przebrać.
- Okey.
- Za 5 minut będę - oznajmił mi jeszcze za nim zdążyłam wejść w głąb kuchni.
Wstawiłam wodę. Czekając aż się zagotuje, przygotowałam kubki. Wsypałam do każdego po dwie czubate łyżeczki kawy. To było to! Musiałam dostarczyć mojemu organizmowi trochę kofeiny. Jednego dnia potrafiłam wypić 3 kubki kawy. To dostarczało mi energii, której ostatnimi czasy mi brakuje.
Usiadłam na krzesło znajdujące się koło wystającego blatu.
Zagotowaną wodę wlałam do kubków. Mhm.. Ten zapach.. Uwielbiam go!
Usłyszałam jak Derek wchodzi do domu.
- Tutaj - krzyknęłam, a on od razu znalazł się w kuchni - Z mlekiem? - zapytałam, podnosząc karton mleka.
- Nie dziękuje - odpowiedział, odbierając ode mnie swój kubek.
- Chodź do salonu, będzie lepiej.
Skierowałam się do pokoju z dużymi fotelami i małym stolikem na środku. Derek podążając za mną, rozglądał się po całym wnętrzu domu. Odczułam, że wystrój całkiem mu się podoba.
Usiadłam na fotelu, zakładając jedną nogę pod pośladek.
- Więc.. czym się zajmujesz? - rozpoczął rozmowę, odstawiając kubek na mały stolik.
- Pracuję w bibliotece - czułam jak mój organizm reagował na dostarczeniu kofeiny - A Ty od kiedy zajmujesz się usługami napraw ?
- Od ponad roku, ale ostatnio myślałem nad odejściem z tej roboty - zamyślił się przez chwilę, ale zaraz kontynuował - Jednak nie pozwolą mi..
- Dlaczego? - zapytałam zaciekawiona.
- Długa historia.
- Mamy czas - oznajmiłam.
- Przepraszam Cię, ale nie chcę o tym gadać - spojrzał na mnie, dając mi sygnał, abym przestała naciskać.
Jak prosił, tak zrobiłam. Nie chciałam być upierdliwa, chociaż bardzo ciekawiła mnie ta historia.
Można powiedzieć, że od razu wyczułam, że coś jest nie tak. I dowiem się tego w najbliższym czasie!
- Dobra na mnie już czas - wstał, biorąc do ręki kubek ze stolika i wypijając do końca swoją kawę. Wszedł do kuchni i odstawił obydwa nasze kubki do zlewu - Miło było spędzić z Tobą ten czas - uśmiechnął się.
- Oh.., zgadzam się z Tobą, Derek - zarumieniłam się i szybko odwróciłam głowę.
- Ładny rumieniec - odwrócił moją głowę w jego stronę, a ja czułam, że zaraz spłonę żywcem.
- Chyba czas już na Ciebie - powiedziałam i cofnęłam się parę kroków do tyłu.
- Oh, tak.. - niezręcznie się poczuł.
Skierował się do drzwi, zabierając po drodze kluczyki od furgonetki. Zatrzymał się w przedcholu i spojrzał na mnie.
- No to... cześć Peg.
- Cześć.
Okey, napisałam dla was nowy rozdział. Ale związku z tym, że w poście pt. WAŻNA INFORMACJA było 22 komentarze, a pod 5 rozdziałem, aby 5 komentarzy mam do was prośbę. Jeśli chcecie, aby pojawił się rozdział 7 pod tym postem musi być 25 komentarzy.
Z góry dziękuje :)
Lucy Black
xoxo
Siedziałam w swoim pokoju z dobrą godzinę, czekając aż Derek skończy swoją robotę. Ta godzina minęła mi na tym, jak zwrócę Louis'owi pieniądze za naprawę drzwi. Nie mogłam tego tak zostawić. Chociaż lepiej byłoby gdybym w ogóle go nie spotkała. Wtedy to wszystko by się nie wydarzyło. Ale niestety tak widocznie musiało być. Nic na to nie poradzę.
- Peg.. - usłyszałam głos wołający moje imię.
- Tak?
- Mogłabyś tu zejść? - zapytał Derek, a ja z radością zeszłam na dół.
W końcu nie musiałam siedzieć i czekać, aż skończy naprawiać drzwi.
- W czym mogę Ci pomóc? - zapytałam z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Skończyłem już - powiedział, patrząc się na drzwi.
- Odwaliłeś kawał dobrej roboty. Naprawdę! - patrzył na mnie i widziałam, że jest zadowolony.
- Dzięki - uśmiechnął się lekko, ale jego uśmiech zaraz zniknął - Więc przyszedł czas, aby się zbierać.
- A może zostaniesz jeszcze trochę? - wypaliłam.
- Dziękuje, ale nie skorzystam z oferty, pewnie i tak już zawracam Ci głowę moją obecnością - powiedział, a ja odczułam wewnetrzną potrzebę, aby został.
- Nie mów tak! - odruchowo złapałam jego ramię - Nie zawracasz mi głowy i tak nie mam nic lepszego do roboty.
- Oh.. no dobrze.. Jeśli nie jest to dla Ciebie żaden problem, to zgoda - zauważyłam, jak jego twarz rozpromieniła się.
- Super! - klasnęłam w ręce - Więc zapraszam do kuchni.
- Poczekaj chwilę - złapał mnie za rękę, powstrzymując mnie od następnego kroku w stronę kuchni - Muszę się przebrać. W furgonetce mam ciuchy na zmianę, więc pójdę się przebrać.
- Okey.
- Za 5 minut będę - oznajmił mi jeszcze za nim zdążyłam wejść w głąb kuchni.
Wstawiłam wodę. Czekając aż się zagotuje, przygotowałam kubki. Wsypałam do każdego po dwie czubate łyżeczki kawy. To było to! Musiałam dostarczyć mojemu organizmowi trochę kofeiny. Jednego dnia potrafiłam wypić 3 kubki kawy. To dostarczało mi energii, której ostatnimi czasy mi brakuje.
Usiadłam na krzesło znajdujące się koło wystającego blatu.
Zagotowaną wodę wlałam do kubków. Mhm.. Ten zapach.. Uwielbiam go!
Usłyszałam jak Derek wchodzi do domu.
- Tutaj - krzyknęłam, a on od razu znalazł się w kuchni - Z mlekiem? - zapytałam, podnosząc karton mleka.
- Nie dziękuje - odpowiedział, odbierając ode mnie swój kubek.
- Chodź do salonu, będzie lepiej.
Skierowałam się do pokoju z dużymi fotelami i małym stolikem na środku. Derek podążając za mną, rozglądał się po całym wnętrzu domu. Odczułam, że wystrój całkiem mu się podoba.
Usiadłam na fotelu, zakładając jedną nogę pod pośladek.
- Więc.. czym się zajmujesz? - rozpoczął rozmowę, odstawiając kubek na mały stolik.
- Pracuję w bibliotece - czułam jak mój organizm reagował na dostarczeniu kofeiny - A Ty od kiedy zajmujesz się usługami napraw ?
- Od ponad roku, ale ostatnio myślałem nad odejściem z tej roboty - zamyślił się przez chwilę, ale zaraz kontynuował - Jednak nie pozwolą mi..
- Dlaczego? - zapytałam zaciekawiona.
- Długa historia.
- Mamy czas - oznajmiłam.
- Przepraszam Cię, ale nie chcę o tym gadać - spojrzał na mnie, dając mi sygnał, abym przestała naciskać.
Jak prosił, tak zrobiłam. Nie chciałam być upierdliwa, chociaż bardzo ciekawiła mnie ta historia.
Można powiedzieć, że od razu wyczułam, że coś jest nie tak. I dowiem się tego w najbliższym czasie!
- Dobra na mnie już czas - wstał, biorąc do ręki kubek ze stolika i wypijając do końca swoją kawę. Wszedł do kuchni i odstawił obydwa nasze kubki do zlewu - Miło było spędzić z Tobą ten czas - uśmiechnął się.
- Oh.., zgadzam się z Tobą, Derek - zarumieniłam się i szybko odwróciłam głowę.
- Ładny rumieniec - odwrócił moją głowę w jego stronę, a ja czułam, że zaraz spłonę żywcem.
- Chyba czas już na Ciebie - powiedziałam i cofnęłam się parę kroków do tyłu.
- Oh, tak.. - niezręcznie się poczuł.
Skierował się do drzwi, zabierając po drodze kluczyki od furgonetki. Zatrzymał się w przedcholu i spojrzał na mnie.
- No to... cześć Peg.
- Cześć.
Okey, napisałam dla was nowy rozdział. Ale związku z tym, że w poście pt. WAŻNA INFORMACJA było 22 komentarze, a pod 5 rozdziałem, aby 5 komentarzy mam do was prośbę. Jeśli chcecie, aby pojawił się rozdział 7 pod tym postem musi być 25 komentarzy.
Z góry dziękuje :)
Lucy Black
xoxo
piątek, 1 listopada 2013
Rozdział 5
*Louis*
Siedziałem na kanapie wpatrzony w telewizor. Rozmyślałem nad dzisiejszym dniem. Dużo się wydarzyło. Nie mogłem uwierzyć, że już nie długo zostanę szefem firmy mojego wuja. Ta posada jakoś nie pasowała do mnie. Nie nadawałem się do tej branży, ale musiałem przejąć firmę. Była na mnie przepisana, wuj powierzył ją w moje ręce. Widocznie ufał mi, albo... albo myślał, że znam się na tym całym gównie. Niestety tak nie było.
Usłyszałem za sobą zamykające się drzwi. Odwróciłem głowę i zobaczyłem Nialla. Spojrzałem na niego zdziwiony jego widokiem w moim domu. Dopiero po kilku minutach zjarzyłem się, że powiedziałem mu, aby do mnie przyszedł.
- Siema, stary - podaliśmy sobie ręce i tak jak faceci przywitaliśmy się.
- No cześć Louis.
- Napijesz się czegoś ? - zapytałem, po czym wszedłem do małego pomieszczenia, zwanego kuchnią.
Jak na razie nie było mnie stać na większe mieszkanie. Do tej pory wystarczyło mi tylko mały salon i kuchnia. Jednak teraz to wszystko się zmieni, już nawet upatrzyłem dom, jaki mam zamiar kupić.
- Jasne, jakbyś mógł to podaj mi butelkę zimnej wody - popatrzyłem na niego zdziwiony, że chcę wodę.
- Stary stało się coś ? - uniosłem brew.
- Nie, dlaczego miałoby się coś stać ? - zapytał, teraz on był zdziwiony.
- Chcesz wodę ! - przerwałem, myśląc - Ty nigdy nie chcesz, a raczej nie pijesz u mnie wody ! Zazwyczaj chcesz coś mocniejszego.
- No wiesz ludzie się zmieniają - zaśmiałem się z jego słów.
To nie był ten sam Niall, którego znałem, coś musiało być na rzeczy.
- Nie żartuj i bierz te piwo - wyjąłem butelkę z lodówki i podałem blondynowi.
Teraz bez żadnego zawahania wziął butelkę i skierował się do salonu. Usiedliśmy na kanapie i w tym samym czasie otworzyliśmy kapsle od butelek.
- Twoje zdrowie ! - uniosłem butelkę, po czym przechyliłem ją w stronę swoich ust.
Poczułem jak zimny płyn przepływa przez moje gardło. Odczułem ulgę, już nie pamiętam kiedy ostatnio piłem piwo. Za dużo się działo. Za dużo spraw do załatwienia, a za mało czasu.
- Więc po co mnie tu ściągnąłeś ? - zaczął Niall.
- Mam do Ciebie bardzo ważną sprawę - powiedziałem, przechylając butelkę i rozkoszując się następnym łykiem zimnego piwa.
- Niech zgadnę! Chodzi o dziewczynę ? - uniósł brew i lekko się uśmiechnął.
- Tak, chodzi o dziewczynę.
- No to słucham co mam zrobić ? - zapytał.
Tyle razy już go oto prosiłem, że jeżeli miałem do niego sprawę, wiedział już, że chodzi o dziewczynę.
- Masz dowiedzieć się gdzie ona pracuje lub pracowała, gdzie studiuje itp. Zresztą nie muszę Ci mówić, bo zawsze proszę Cię oto samo.
- Owszem, ale czasami masz inne pytania - powiedział.
- Czasem...Ma na imię Peg...
Jeszcze raz DZIĘKUJE !!! xx
Siedziałem na kanapie wpatrzony w telewizor. Rozmyślałem nad dzisiejszym dniem. Dużo się wydarzyło. Nie mogłem uwierzyć, że już nie długo zostanę szefem firmy mojego wuja. Ta posada jakoś nie pasowała do mnie. Nie nadawałem się do tej branży, ale musiałem przejąć firmę. Była na mnie przepisana, wuj powierzył ją w moje ręce. Widocznie ufał mi, albo... albo myślał, że znam się na tym całym gównie. Niestety tak nie było.
Usłyszałem za sobą zamykające się drzwi. Odwróciłem głowę i zobaczyłem Nialla. Spojrzałem na niego zdziwiony jego widokiem w moim domu. Dopiero po kilku minutach zjarzyłem się, że powiedziałem mu, aby do mnie przyszedł.
- Siema, stary - podaliśmy sobie ręce i tak jak faceci przywitaliśmy się.
- No cześć Louis.
- Napijesz się czegoś ? - zapytałem, po czym wszedłem do małego pomieszczenia, zwanego kuchnią.
Jak na razie nie było mnie stać na większe mieszkanie. Do tej pory wystarczyło mi tylko mały salon i kuchnia. Jednak teraz to wszystko się zmieni, już nawet upatrzyłem dom, jaki mam zamiar kupić.
- Jasne, jakbyś mógł to podaj mi butelkę zimnej wody - popatrzyłem na niego zdziwiony, że chcę wodę.
- Stary stało się coś ? - uniosłem brew.
- Nie, dlaczego miałoby się coś stać ? - zapytał, teraz on był zdziwiony.
- Chcesz wodę ! - przerwałem, myśląc - Ty nigdy nie chcesz, a raczej nie pijesz u mnie wody ! Zazwyczaj chcesz coś mocniejszego.
- No wiesz ludzie się zmieniają - zaśmiałem się z jego słów.
To nie był ten sam Niall, którego znałem, coś musiało być na rzeczy.
- Nie żartuj i bierz te piwo - wyjąłem butelkę z lodówki i podałem blondynowi.
Teraz bez żadnego zawahania wziął butelkę i skierował się do salonu. Usiedliśmy na kanapie i w tym samym czasie otworzyliśmy kapsle od butelek.
- Twoje zdrowie ! - uniosłem butelkę, po czym przechyliłem ją w stronę swoich ust.
Poczułem jak zimny płyn przepływa przez moje gardło. Odczułem ulgę, już nie pamiętam kiedy ostatnio piłem piwo. Za dużo się działo. Za dużo spraw do załatwienia, a za mało czasu.
- Więc po co mnie tu ściągnąłeś ? - zaczął Niall.
- Mam do Ciebie bardzo ważną sprawę - powiedziałem, przechylając butelkę i rozkoszując się następnym łykiem zimnego piwa.
- Niech zgadnę! Chodzi o dziewczynę ? - uniósł brew i lekko się uśmiechnął.
- Tak, chodzi o dziewczynę.
- No to słucham co mam zrobić ? - zapytał.
Tyle razy już go oto prosiłem, że jeżeli miałem do niego sprawę, wiedział już, że chodzi o dziewczynę.
- Masz dowiedzieć się gdzie ona pracuje lub pracowała, gdzie studiuje itp. Zresztą nie muszę Ci mówić, bo zawsze proszę Cię oto samo.
- Owszem, ale czasami masz inne pytania - powiedział.
- Czasem...Ma na imię Peg...
* Peg *
Po kłótni z Panem Ważnym poszłam do pokoju, aby zabrać potrzebne mi rzeczy. Spojrzałam przelotnie w lusterko, po czym wyszłam z pokoju. Wyszłam z mieszkania i zapukałam do drzwi pani Jobs. Otworzyła mi starsza pani o blond włosach i promiennym uśmiechu. Jej zielona kraciasta spódnica pracowała rytmicznie ze wszystkim. Ta kobieta znaczy dla mnie tak wiele. Nigdy nie powiedziała mi "nie". Nigdy. Zawsze gdy matka wracała pijana ta pani była przy mnie. Była przy mnie gdy zakochana po raz pierwszy. Była jak przyjaciółka. Była jak matka. Była kimś świetnym, niezastąpionym. Chciałam z nią porozmawiać, wyrzucić z siebie te negatywne emocje. Miałam już wchodzić do środka, gdy nagle pod mój dom podjechała furgonetka z logo REPAIR DOOR. Zdziwiłam się, ponieważ nie zamawiałam naprawy. Wtedy dotarło do mnie kto za mnie zamówił. Louis. Zabiję tego kolesia, na prawdę zabiję. On chcę wyprowadzić mnie z równowagi. Przecież nie prosiłam go oto. On chyba nie rozumie tego, że jak ktoś nie chcę pomocy, to znaczy, że ma nie pomagać!
Przeprosiłam Panią Jobs i szybkim krokiem podeszłam do mężczyzny, który wysiadał z furgonetki.
Miał gdzieś 30 lat, ale był bardzo sprawny fizycznie. Jednym słowem mógł by obalić byka.
- Dzień Dobry ! - przywitał się pierwszy, wyciągając rękę w moją stronę.
- Nie wiem czy taki dobry, proszę pana ! - odpowiedziałam niemiłym tonem i zignorowałam jego gest.
- A to dlaczego ? - zapytał, unosząc prawą brew.
- Nie zamawiałam naprawy drzwi - odpowiedziałam już milszym tonem.
- To ma Pani problem, ponieważ na papierach ewidentnie widać zamówienie i adres Pani domu.
- Musiał wystąpić jakiś błąd, bo nie przypominam sobie, żebym dzisiaj dzwoniła do waszej firmy.
- Dobrze, zaraz sprawdzimy. - powiedział - Przepraszam na chwilę.
Odszedł kawałek ode mnie, po czym wyjął służbową komórkę z jego fartucha pracowniczego.
Zbliżyłam się o jeden krok, aby lepiej słyszeć rozmowę.
- Cześć Ash, mamy problem - powiedział do słuchawki.
Niestety nie mogłam usłyszeć co mówi druga osoba.
- Jedna klientka upiera się, że nie zamawiała naprawy. Ale na papierach jest podany jej adres. Sprawdź dokładnie, może na prawdę wystąpił błąd... Czekam... Rozumiem... Tomlinson zamówił na ten adres... Dobra dzięki - zakończył rozmowę, chowając komórkę na swoje miejsce. Szybko odwróciłam wzrok, aby nie podejrzewał mnie, że podsłuchiwałam.
- Miała Pani rację, że nie zamawiała naprawy. Ale ktoś za Panią zamówił. Pan Tomlinson zamówił naprawę dzisiaj i wszystkie koszty wziął na siebie - powiedział i uśmiechnął się do mnie.
Jednak mi do śmiechu nie było. Nie podobało mi się to, że Louis wziął na siebie cały koszt, chociaż z jednej strony dobrze, bo to jego wina. Wiedziałam o co mu chodzi. Wiedziałam, że zrobił to, aby jeszcze raz się ze mną spotkać.
- No dobrze. Może Pan zaczynać. Jeśli będzie Pan mnie potrzebował proszę wołać - odwróciłam się idąc do środka domu.
- Proszę Pani... - zawołał.
- Tak ? - odwróciłam się do niego i wymusiłam słaby uśmieszek.
- Nie znam pani nazwiska.
- Oh, zapomniałam się przedstawić przez to całe zamieszanie - Peg Carson.
- Ładne imię - uśmiechnął się - Derek Keeleys.
- Miło poznać. Więc jakbyś potrzebował czegoś, wołaj - powiedziałam i w końcu poszłam do swojego pokoju.
Dziękuje wam za tyle komentarzy pod ostatnim postem. Dziękuje wam za to, że nie daliście mi usunąć tego FF. Przeprosiłam Panią Jobs i szybkim krokiem podeszłam do mężczyzny, który wysiadał z furgonetki.
Miał gdzieś 30 lat, ale był bardzo sprawny fizycznie. Jednym słowem mógł by obalić byka.
- Dzień Dobry ! - przywitał się pierwszy, wyciągając rękę w moją stronę.
- Nie wiem czy taki dobry, proszę pana ! - odpowiedziałam niemiłym tonem i zignorowałam jego gest.
- A to dlaczego ? - zapytał, unosząc prawą brew.
- Nie zamawiałam naprawy drzwi - odpowiedziałam już milszym tonem.
- To ma Pani problem, ponieważ na papierach ewidentnie widać zamówienie i adres Pani domu.
- Musiał wystąpić jakiś błąd, bo nie przypominam sobie, żebym dzisiaj dzwoniła do waszej firmy.
- Dobrze, zaraz sprawdzimy. - powiedział - Przepraszam na chwilę.
Odszedł kawałek ode mnie, po czym wyjął służbową komórkę z jego fartucha pracowniczego.
Zbliżyłam się o jeden krok, aby lepiej słyszeć rozmowę.
- Cześć Ash, mamy problem - powiedział do słuchawki.
Niestety nie mogłam usłyszeć co mówi druga osoba.
- Jedna klientka upiera się, że nie zamawiała naprawy. Ale na papierach jest podany jej adres. Sprawdź dokładnie, może na prawdę wystąpił błąd... Czekam... Rozumiem... Tomlinson zamówił na ten adres... Dobra dzięki - zakończył rozmowę, chowając komórkę na swoje miejsce. Szybko odwróciłam wzrok, aby nie podejrzewał mnie, że podsłuchiwałam.
- Miała Pani rację, że nie zamawiała naprawy. Ale ktoś za Panią zamówił. Pan Tomlinson zamówił naprawę dzisiaj i wszystkie koszty wziął na siebie - powiedział i uśmiechnął się do mnie.
Jednak mi do śmiechu nie było. Nie podobało mi się to, że Louis wziął na siebie cały koszt, chociaż z jednej strony dobrze, bo to jego wina. Wiedziałam o co mu chodzi. Wiedziałam, że zrobił to, aby jeszcze raz się ze mną spotkać.
- No dobrze. Może Pan zaczynać. Jeśli będzie Pan mnie potrzebował proszę wołać - odwróciłam się idąc do środka domu.
- Proszę Pani... - zawołał.
- Tak ? - odwróciłam się do niego i wymusiłam słaby uśmieszek.
- Nie znam pani nazwiska.
- Oh, zapomniałam się przedstawić przez to całe zamieszanie - Peg Carson.
- Ładne imię - uśmiechnął się - Derek Keeleys.
- Miło poznać. Więc jakbyś potrzebował czegoś, wołaj - powiedziałam i w końcu poszłam do swojego pokoju.
Jeszcze raz DZIĘKUJE !!! xx
czwartek, 31 października 2013
WAŻNA INFORMACJA !!!
Cześć :)
Wiem, że już dawno nie dodawałam nowego rozdziału. Ale nie mam weny. :( I dlatego przychodzę do Was z WAŻNĄ SPRAWĄ/INFORMACJĄ ! Czy chcecie czytać jeszcze te FF ? Chcecie znać dalsze historie Louisa i Peg ? Jeśli tak piszcie w komentarza. Do piątku na wieczór macie czas. Jeżeli nic nie bd pod tym postem usuwam te FF!
To tyle co chciałam Wam przekazać.
Pa xx
Wiem, że już dawno nie dodawałam nowego rozdziału. Ale nie mam weny. :( I dlatego przychodzę do Was z WAŻNĄ SPRAWĄ/INFORMACJĄ ! Czy chcecie czytać jeszcze te FF ? Chcecie znać dalsze historie Louisa i Peg ? Jeśli tak piszcie w komentarza. Do piątku na wieczór macie czas. Jeżeli nic nie bd pod tym postem usuwam te FF!
To tyle co chciałam Wam przekazać.
Pa xx
czwartek, 26 września 2013
Rozdział 4
Miłego czytania :*
* Peg *
* Peg *
Teraz to ja byłam wkurzona na niego. Zresztą oboje byliśmy wkurzeni. Rodzice mnie zabiją jeśli zobaczą w jakim stanie są drzwi. Gorzej będę miała z tym, jak wytłumaczyć się, że to Louis zrobił. Chociaż zacznę od tego, że oni go nie znają, tak samo jak ja. Nie wiem czego on ode mnie jeszcze chcę. Co ja mu zrobiłam ? Chciałabym go nigdy nie spotkać w swoim życiu. Ten gość na kilometr śmierdzi problemami. Od takich lepiej jest się trzymać z daleka. Ale on wolał inaczej.
Waliłam go pięściami, chociaż sama nie wiedziałam czemu. On jednak stał nic nie poruszony. Stał jak skała. Nie bolało go to. Powoli traciłam już siły, a on objął mnie w swoje ramiona. Od razu się wyrwałam i stałam na równe nogi.
- Nie powinieneś tego robić ! - krzyknęłam na niego, cały czas patrząc się na drzwi leżące na podłodze.
- Mówiłem żebyś mi otworzyła, ale Ty nie posłuchałaś, więc miej pretensje do siebie, nie do mnie - powiedział spokojnym tonem.
Ale widziałam, że w środku zaraz eksploduje. Był mocno wkurzony. Nie! Bardziej pasuje mi tu wkurwiony. Miał zaciśnięte pięści. Wyglądał tak jakby zaraz miał w coś przywalić. Dlatego cofnęłam się parę kroków w tył od niego. Wolałam się nie narażać na jego cios. Spędziłam z nim jedynie około 10 minut, a już wiem, że jest człowiekiem nieobliczalnym. Chyba zauważył, że się go boje, bo chwycił mnie za nadgarstek.
- Peg przepraszam, nie chciałem - powiedział cicho, niemal niesłyszalnie.
- Jak to nie chciałeś ?! Wywaliłeś drzwi od mieszkania moich rodziców i Ty mnie przepraszasz ?! - wybuchnęłam złością, niech wie, że też jestem wkurzona.
- Mogę zapłacić za naprawę - przybliżył się do mnie, łapiąc teraz za obydwa nadgarstki.
- Nie! - krzyknęłam i wyrwałam swoje nadgarstki z jego rąk. - Nie chcę Twoich pieniędzy! Nie chce Twojej pomocy!
- Ale Peg...
- Nie! Lepiej już się zamknij i wyjdź stąd! - wskazałam na drzwi, a raczej na pusto przestrzeń.
- Przepraszam - powiedział odwracając się do mnie, za nim jeszcze wyszedł.
Nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam do niego plecami.
* Louis *
Wyszedłem z jej domu, tak jak mnie prosiła. Zrobiłem też to, tylko dlatego, że byłem za bardzo wkurzony. Nie chciałem przez to zrobić jej jakieś krzywdy. Wiedziałem, że i tak wystarczająco się mnie boi. Nie chciałem jeszcze bardziej tego pogorszyć.
Miałem poczucie winy, że przeze mnie może oberwać od rodziców. Więc zadzwoniłem do usług napraw.
Odebrali połączenie bardzo szybko.
- Dzień Dobry. Repair door. W czym mogę pomóc? - odezwał się mężczyzna po drugiej stronie.
- Dzień Dobry. Chciałem złożyć zamówienie na ulicę New Street. Zostały wyłamane drzwi, chcę abyście zamówili nowe i przede wszystkim naprawili je - musiałem skłamać, bo gdybym powiedział prawdę wydałaby się dziwna.
- Dobrze, już zapisuje. Proszę podać nazwisko, na który ma być podany rachunek - mówił szybko swoją regułę.
- Tomlinson - szybko odpowiedziałem - Na kiedy byłaby gotowa naprawa ? - zapytałem.
- Najpóźniej za dwa dni.
Za długo! - pomyślałem, to musi być gotowe od zaraz, inaczej ona znienawidzi mnie.
- Nie dałoby się szybciej ?
- Proszę Pana, mamy dużo zamówień, nie da rady przyspieszyć - odpowiedział niemiłym tonem.
- Mogę zapłacić trzy razy tyle, jeśli naprawa będzie gotowa na dziś - w telefonie zapanowała cisza.
Pomyślałbym, że facet już się rozłączył, ale słyszałem jego oddech.
- Zgoda. Do Widzenia - wiedziałem, że gdy to zaproponuje od razu się zgodzi.
- Do Widzenia.
Podszedłem do samochodu ostatni raz odwracając się w stronę domu Peg. Postanowiłem, że dzisiaj odpuszczę, ale jutro na 100% do niej pojadę.
Wsiadając do auta, przypomniałem sobie dlaczego w ogóle tu przyjechałem. Oparłem głowę o nagłówek siedzenia i wziąłem głęboki wdech. Wypuszczając powietrze poczułem się tak jakby negatywne emocje wypłynęły ze mnie.
Ruszyłem samochodem dalszą drogą. Podjechałem na podjazd. Wysiadając z auta, spojrzałem w lusterko samochodu. Musiałem jakoś zakryć to ranę po bijatyce. Muszę dobrze się zaprezentować, skoro firma wuja ma należeć do mnie od jutra. Udało mi się zakryć ranę, więc ruszyłem w stronę drzwi. Nie zdążyłem zapukać, a one same się otworzyły.
- Witam - podałem rękę, aby się przywitać.
- Witam. - uścisnął moją rękę. - Pan musi być siostrzeńcem Pana Tomlinsona ? - zapytał i wskazał ręką na hol, abym wszedł.
- Tak. Jestem Louis - uśmiechnąłem się i wszedłem do środka - Louis Tomlinson.
Mężczyzna machnął ręką, abym szedł za nim, tak też więc zrobiłem. Zaprowadził mnie do salonu, po czym wyszedł - zapewne do kuchni. Bo już po chwili szedł z powrotem z tacą, na której znajdowała się herbata z filiżankami. Usadowiłem się w dużym fotelu na przeciwko kominka. Mężczyzna zaś usiadł na kanapie.
Wnętrze było dość ładne. Wszystko było w najmniejszym porządku.
- Przyjechałem tu, aby porozmawiać o sprawach biznesowych, ale też również po to, by ustalić szczegóły głównej posady, która należała do mego wuja - zauważyłem, że zacząłem trochę mówić językiem biznesu.
- Domyśliłem się Panie Tomlinsonie. Nawet można powiedzieć, że czekałem na pana przyjazd - powiedział, biorąc filiżankę do dłoni.
- Tak więc domyślam się, że pan Panie Carter ma już wszystko przygotowane ? - zapytałem lekko zaciekawiony.
- Proszę mówić mi John - uśmiechnął się - Można tak powiedzieć.
- Dobrze John. Czego mniej więcej brakuje ? Może mógłbym w czymś pomóc ?
- Brakuje jeszcze kilka papierów, abyś mógł dobrze zarządzać firmo. Ale to możemy ominąć - wstał z kanapy i podszedł do komody z różnymi teczkami z firmy - Te papiery, których brakuje możesz podpisać później. Dla nas najważniejszy papier to ten, na którym będzie opierała się nasza współpraca i wierność biznesowa wobec siebie - brzmiało to trochę groźnie.
Nigdy nie byłem przyzwyczajony do prawdy wobec innego człowieka. Tym bardziej, że pierwszy raz mam styczność z biznesem. A wiem jacy ludzie są w tym zawodzie.
- Rozumiem. To są te papiery ? - wskazałem na teczkę leżąco na małym stoliku koło fotela, na którym siedziałem.
- Tak. Chcesz się z nimi zapoznać, czy od razu podpisujemy ? - uniósł brew.
- Chciałbym je pierw przejrzeć.
- Dobrze. Jeśli chcesz możesz wziąć to do domu, żebyś na spokojnie wszystko przeczytał.
- Dziękuje. Na jutro powinienem się z tym wszystkim uwinąć - powiedziałem grzejąc dłonie o filiżankę.
- Nie ma problemu. Możesz je przynieść kiedy chcesz, masz jeszcze czas. Oficjalnym szefem staniesz się dopiero za pięć dni - usiadł się przed biurkiem, szukając czegoś w szufladzie.
- Teraz nie mam za bardzo czasu, więc jeśli nie masz żadnych pytań, to by było na tyle.
- Rozumiem. Każda sekunda jest ważna w biznesie. Nie przeszkadzam i jeszcze raz dziękuje za pomoc w tych jak dla mnie obcych sprawach - wstałem i wziąłem teczkę leżąco na stoliku.
- Do zobaczenia wkrótce Panie Tomlinsonie - uścisnął moją dłoń pochylając się lekko.
- Do Widzenia Panie Carter - powtórzyłem ten sam gest.
Wow! Ile wejść ?! Nie mogę w to uwierzyć! A to wszystko dzięki Wam ! Dziękuje ! :* Pod ostatnim postem jest 13 komentarzy, to dało mi taką motywację, że dzisiejszy rozdział jest bardzo długi. Mam nadzieję, że Wam się podobał. :)
xoxo
- Dobrze, już zapisuje. Proszę podać nazwisko, na który ma być podany rachunek - mówił szybko swoją regułę.
- Tomlinson - szybko odpowiedziałem - Na kiedy byłaby gotowa naprawa ? - zapytałem.
- Najpóźniej za dwa dni.
Za długo! - pomyślałem, to musi być gotowe od zaraz, inaczej ona znienawidzi mnie.
- Nie dałoby się szybciej ?
- Proszę Pana, mamy dużo zamówień, nie da rady przyspieszyć - odpowiedział niemiłym tonem.
- Mogę zapłacić trzy razy tyle, jeśli naprawa będzie gotowa na dziś - w telefonie zapanowała cisza.
Pomyślałbym, że facet już się rozłączył, ale słyszałem jego oddech.
- Zgoda. Do Widzenia - wiedziałem, że gdy to zaproponuje od razu się zgodzi.
- Do Widzenia.
Podszedłem do samochodu ostatni raz odwracając się w stronę domu Peg. Postanowiłem, że dzisiaj odpuszczę, ale jutro na 100% do niej pojadę.
Wsiadając do auta, przypomniałem sobie dlaczego w ogóle tu przyjechałem. Oparłem głowę o nagłówek siedzenia i wziąłem głęboki wdech. Wypuszczając powietrze poczułem się tak jakby negatywne emocje wypłynęły ze mnie.
Ruszyłem samochodem dalszą drogą. Podjechałem na podjazd. Wysiadając z auta, spojrzałem w lusterko samochodu. Musiałem jakoś zakryć to ranę po bijatyce. Muszę dobrze się zaprezentować, skoro firma wuja ma należeć do mnie od jutra. Udało mi się zakryć ranę, więc ruszyłem w stronę drzwi. Nie zdążyłem zapukać, a one same się otworzyły.
- Witam - podałem rękę, aby się przywitać.
- Witam. - uścisnął moją rękę. - Pan musi być siostrzeńcem Pana Tomlinsona ? - zapytał i wskazał ręką na hol, abym wszedł.
- Tak. Jestem Louis - uśmiechnąłem się i wszedłem do środka - Louis Tomlinson.
Mężczyzna machnął ręką, abym szedł za nim, tak też więc zrobiłem. Zaprowadził mnie do salonu, po czym wyszedł - zapewne do kuchni. Bo już po chwili szedł z powrotem z tacą, na której znajdowała się herbata z filiżankami. Usadowiłem się w dużym fotelu na przeciwko kominka. Mężczyzna zaś usiadł na kanapie.
Wnętrze było dość ładne. Wszystko było w najmniejszym porządku.
- Przyjechałem tu, aby porozmawiać o sprawach biznesowych, ale też również po to, by ustalić szczegóły głównej posady, która należała do mego wuja - zauważyłem, że zacząłem trochę mówić językiem biznesu.
- Domyśliłem się Panie Tomlinsonie. Nawet można powiedzieć, że czekałem na pana przyjazd - powiedział, biorąc filiżankę do dłoni.
- Tak więc domyślam się, że pan Panie Carter ma już wszystko przygotowane ? - zapytałem lekko zaciekawiony.
- Proszę mówić mi John - uśmiechnął się - Można tak powiedzieć.
- Dobrze John. Czego mniej więcej brakuje ? Może mógłbym w czymś pomóc ?
- Brakuje jeszcze kilka papierów, abyś mógł dobrze zarządzać firmo. Ale to możemy ominąć - wstał z kanapy i podszedł do komody z różnymi teczkami z firmy - Te papiery, których brakuje możesz podpisać później. Dla nas najważniejszy papier to ten, na którym będzie opierała się nasza współpraca i wierność biznesowa wobec siebie - brzmiało to trochę groźnie.
Nigdy nie byłem przyzwyczajony do prawdy wobec innego człowieka. Tym bardziej, że pierwszy raz mam styczność z biznesem. A wiem jacy ludzie są w tym zawodzie.
- Rozumiem. To są te papiery ? - wskazałem na teczkę leżąco na małym stoliku koło fotela, na którym siedziałem.
- Tak. Chcesz się z nimi zapoznać, czy od razu podpisujemy ? - uniósł brew.
- Chciałbym je pierw przejrzeć.
- Dobrze. Jeśli chcesz możesz wziąć to do domu, żebyś na spokojnie wszystko przeczytał.
- Dziękuje. Na jutro powinienem się z tym wszystkim uwinąć - powiedziałem grzejąc dłonie o filiżankę.
- Nie ma problemu. Możesz je przynieść kiedy chcesz, masz jeszcze czas. Oficjalnym szefem staniesz się dopiero za pięć dni - usiadł się przed biurkiem, szukając czegoś w szufladzie.
- Teraz nie mam za bardzo czasu, więc jeśli nie masz żadnych pytań, to by było na tyle.
- Rozumiem. Każda sekunda jest ważna w biznesie. Nie przeszkadzam i jeszcze raz dziękuje za pomoc w tych jak dla mnie obcych sprawach - wstałem i wziąłem teczkę leżąco na stoliku.
- Do zobaczenia wkrótce Panie Tomlinsonie - uścisnął moją dłoń pochylając się lekko.
- Do Widzenia Panie Carter - powtórzyłem ten sam gest.
Wow! Ile wejść ?! Nie mogę w to uwierzyć! A to wszystko dzięki Wam ! Dziękuje ! :* Pod ostatnim postem jest 13 komentarzy, to dało mi taką motywację, że dzisiejszy rozdział jest bardzo długi. Mam nadzieję, że Wam się podobał. :)
xoxo
niedziela, 22 września 2013
Rozdział 3
* Louis *
Była 5, więc miałem jeszcze sporo czasu do spotkania z Niall'em. Dlatego postanowiłem, że załatwię sprawy związane z biurem mego wuja w okolicy. Miałem to załatwić w piątek, ale mam dużo czasu, więc wole teraz pojechać i mieć to z głowy.
Ruszyłem do drzwi, zabierając przy okazji kurtkę oraz klucze do samochodu. Wychodząc na dwór odruchowo spojrzałem na podwórko sąsiadów, z którymi nie za bardzo się lubię. Zawsze przychodzą i dobijają się do drzwi, kiedy jest impreza i grożą, że jak nie ściszymy muzyki, to zawiadomią policję. Tylko z jakiegoś powodu zawsze nie zawiadamiają tej policji. Tak jakby się bali mnie, bo zawsze im odpyskuję. Niall mówi mi, że wtedy wyglądam na bardzo groźnego. Kiedyś jak był pijany wyznał, że wtedy staję się spięty i zaciskam pięści, tak jakbym miał za chwilę komuś przyłożyć. Nigdy nie zwracałem na to uwagi, ale ostatnio zdarza mi się to często. Próbuję nad tym panować, ale nie wychodzi.
Przechodząc przez bramkę, otworzyłem drzwi do samochodu, po czym szybko wsiadłem do środka. Spojrzałem w lusterko w samochodzie i dopiero teraz zorientowałem się, że mam ranę na szyi, po ostatniej bijatyce w klubie. Popatrzyłem ostatni raz w lusterko i odpaliłem silnik, dodając gazu. Ruszyłem nie zważając na to, czy zrobiłem ślad na jezdni. Jechałem wyznaczoną mi trasą w nawigacji. Nie znałem tamtej części dzielnicy. Byłem skupiony na drodze, dopóki nie pojawił się w mojej głowie obraz tamtej dziewczyny. Nie mogłem nic zrobić, aby wymazać ją z pamięci. Przez to straciłem panowanie nad samochodem przez parę sekund. Dostałem parę obelg od kierowców. Nie obchodziło mnie to. Cały czas jechałem przed siebie.
Dojechałem do dzielnicy, w której mieszkał ten mężczyzna. Jadąc drogą patrzyłem się na prawą stronę, wyostrzając wzrok na adresy. Moją uwagę przykuło jedno mieszkanie. Akurat wychodziła z niego dziewczyna. Od razu wiedziałem kto był to dziewczyną. Rozpoznałem po włosach i jej ubiorze. Musiała się nie przebierać od naszego spotkania. Szła w przeciwną stronę. Podjechałem do niej, otwierając szybę.
- Cześć, piękna - jechałem powoli, abym mógł z nią porozmawiać.
- Czee - przerwała w połowie zdziwiona moim widokiem - Co Ty tu robisz ? Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam ?
- Też miło mi Cię widzieć... yyy.. - popatrzyłem na nią, ale ona uciekała wzrokiem - Jak masz na imię ?
- A co Cię to obchodzi ? - zapytała.
- Ja się przedstawiłem. Ty nie miałaś okazji, więc powtórzę pytanie. Jak masz na imię ?
- Po co Ci to do szczęścia ?
Teraz mnie ostro wkurzyła. Za ostro! Wyłączyłem silnik i wysiadłem z auta, mocno trzaskając drzwiami. Dziewczyna widocznie się przestraszyła, ponieważ szeroko otworzyła oczy, zdziwiona tym co robię. Miała odpowiedzieć, gdy było już za późno. Moje zdenerwowanie rosło z każda sekundą. Nie wytrzymałem.
- Słuchaj kurwa, powtórzę to ostatni raz i masz mi odpowiedzieć. Jak. Masz. Na. Imię. - złapałem ją za nadgarstki tak mocno, że aż knykcie mi pobielały. Byłem za mocno wkurzony i przez to mówiłem przez zaciśnięte zęby. Musiało ją to boleć, bo usłyszałem cichy jęk. Poluźniłem trochę uścisk.
- P-peg - powiedziała, a ja zobaczyłem w jej oczach strach.
Odsunąłem się od niej, puszczając nadgarstki. Zostały jedynie białe ślady. Dziewczyna była chyba w lekkim szoku, bo nie spodziewała się tego po mnie. Może myślała, że mogę być inny, milszy.
Odwróciłem się do niej plecami, licząc do 15, aby się uspokoić. Usłyszałem za sobą pękającą gałąź. Gdy się odwróciłem dziewczyna biegła w stronę swojego domu.
- Peg! - zawołałem, ale ona nawet się nie odwróciła - Peg, przepraszam! - krzyczałem tak mocno, jak tylko mogłem. Zacząłem za nią biec, ale ona zdąrzyła już wejść do domu.
* Peg *
Zaczęłam biec, byle być najdalej od niego. Nie wiem skąd dowiedział się, że tu mieszkam. Ale nie chciałam już go więcej widzieć. Słyszałam za sobą jego głos, nie przestawałam biec. Bałam się, że biegnie za mną, ale gdy odwróciłam głowę ... zobaczyłam, że nadal jest przy samochodzie. Musiał dopiero się odwrócić, bo miał minę, która mówiła 'co jest kurwa?'. Gdy dobiegłam do drzwi mojego domu nie zastanawiając się szybko weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz. Wbiegłam po schodach prosto do pokoju. Walnęłam plackiem na łóżko, uderzając się przy tym w głowę. Szybko złapałam się za tył głowy, czułam że będzie to duży guz.
Teraz ostrożnie kładąc głowę na poduszki, przymknęłam oczy. Zastanawiałam się, po co w ogóle tu przyjechał? Nie przychodziło mi nic do głowy.
- Peg, otwieraj drzwi! - usłyszałam z dołu Louisa, walącego pięścią w drzwi.
Przestraszyłam się lekko, co spowodowało ból z tyłu głowy. Zeszłam na dół najciszej jak się dało. Dyskretnie spojrzałam przez firankę. Nie zauważył. Był mocno wkurzony, widziałam to. Chyba nawet bardziej wkurzony niż był wcześniej. Odczułam lęk. Bałam się, że zrobi mi krzywdę gdy otworzę mu drzwi.
- Nie! - odkrzyknęłam, upewniając się czy zamki są domknięte.
- Peg, otwieraj te cholerne drzwi! - znowu mówił przez zaciśnięte zęby, co nie wróżyło najlepiej.
- Nie! I przestań walić w te drzwi, sąsiedzi mogą się patrzeć! - byłam pewna siebie, pierwszy raz od początku mojego całego życia.
- Dobra! Sama tego chciałaś, Peg! - krzyknął i walenie w drzwi zastąpiła cisza - nie na długo.
Po chwili Louis stał już w holu. Tak, w holu! Wywalił drzwi. Już po mnie!
- Louis coś Ty narobił ? Rodzice mnie zabiją - rzuciłam się na niego pięściami.
Ale wy mnie motywujecie! Dzięki Wam dzisiejszy post się pojawił. :) Dziękuje, dziękuje ! :* Jeśli chcecie przesyłajcie link do mojego opowiadania swoim znajomym, przyjaciołom itp., byłabym wam ogromnie wdzięczna ! xx
Była 5, więc miałem jeszcze sporo czasu do spotkania z Niall'em. Dlatego postanowiłem, że załatwię sprawy związane z biurem mego wuja w okolicy. Miałem to załatwić w piątek, ale mam dużo czasu, więc wole teraz pojechać i mieć to z głowy.
Ruszyłem do drzwi, zabierając przy okazji kurtkę oraz klucze do samochodu. Wychodząc na dwór odruchowo spojrzałem na podwórko sąsiadów, z którymi nie za bardzo się lubię. Zawsze przychodzą i dobijają się do drzwi, kiedy jest impreza i grożą, że jak nie ściszymy muzyki, to zawiadomią policję. Tylko z jakiegoś powodu zawsze nie zawiadamiają tej policji. Tak jakby się bali mnie, bo zawsze im odpyskuję. Niall mówi mi, że wtedy wyglądam na bardzo groźnego. Kiedyś jak był pijany wyznał, że wtedy staję się spięty i zaciskam pięści, tak jakbym miał za chwilę komuś przyłożyć. Nigdy nie zwracałem na to uwagi, ale ostatnio zdarza mi się to często. Próbuję nad tym panować, ale nie wychodzi.
Przechodząc przez bramkę, otworzyłem drzwi do samochodu, po czym szybko wsiadłem do środka. Spojrzałem w lusterko w samochodzie i dopiero teraz zorientowałem się, że mam ranę na szyi, po ostatniej bijatyce w klubie. Popatrzyłem ostatni raz w lusterko i odpaliłem silnik, dodając gazu. Ruszyłem nie zważając na to, czy zrobiłem ślad na jezdni. Jechałem wyznaczoną mi trasą w nawigacji. Nie znałem tamtej części dzielnicy. Byłem skupiony na drodze, dopóki nie pojawił się w mojej głowie obraz tamtej dziewczyny. Nie mogłem nic zrobić, aby wymazać ją z pamięci. Przez to straciłem panowanie nad samochodem przez parę sekund. Dostałem parę obelg od kierowców. Nie obchodziło mnie to. Cały czas jechałem przed siebie.
Dojechałem do dzielnicy, w której mieszkał ten mężczyzna. Jadąc drogą patrzyłem się na prawą stronę, wyostrzając wzrok na adresy. Moją uwagę przykuło jedno mieszkanie. Akurat wychodziła z niego dziewczyna. Od razu wiedziałem kto był to dziewczyną. Rozpoznałem po włosach i jej ubiorze. Musiała się nie przebierać od naszego spotkania. Szła w przeciwną stronę. Podjechałem do niej, otwierając szybę.
- Cześć, piękna - jechałem powoli, abym mógł z nią porozmawiać.
- Czee - przerwała w połowie zdziwiona moim widokiem - Co Ty tu robisz ? Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam ?
- Też miło mi Cię widzieć... yyy.. - popatrzyłem na nią, ale ona uciekała wzrokiem - Jak masz na imię ?
- A co Cię to obchodzi ? - zapytała.
- Ja się przedstawiłem. Ty nie miałaś okazji, więc powtórzę pytanie. Jak masz na imię ?
- Po co Ci to do szczęścia ?
Teraz mnie ostro wkurzyła. Za ostro! Wyłączyłem silnik i wysiadłem z auta, mocno trzaskając drzwiami. Dziewczyna widocznie się przestraszyła, ponieważ szeroko otworzyła oczy, zdziwiona tym co robię. Miała odpowiedzieć, gdy było już za późno. Moje zdenerwowanie rosło z każda sekundą. Nie wytrzymałem.
- Słuchaj kurwa, powtórzę to ostatni raz i masz mi odpowiedzieć. Jak. Masz. Na. Imię. - złapałem ją za nadgarstki tak mocno, że aż knykcie mi pobielały. Byłem za mocno wkurzony i przez to mówiłem przez zaciśnięte zęby. Musiało ją to boleć, bo usłyszałem cichy jęk. Poluźniłem trochę uścisk.
- P-peg - powiedziała, a ja zobaczyłem w jej oczach strach.
Odsunąłem się od niej, puszczając nadgarstki. Zostały jedynie białe ślady. Dziewczyna była chyba w lekkim szoku, bo nie spodziewała się tego po mnie. Może myślała, że mogę być inny, milszy.
Odwróciłem się do niej plecami, licząc do 15, aby się uspokoić. Usłyszałem za sobą pękającą gałąź. Gdy się odwróciłem dziewczyna biegła w stronę swojego domu.
- Peg! - zawołałem, ale ona nawet się nie odwróciła - Peg, przepraszam! - krzyczałem tak mocno, jak tylko mogłem. Zacząłem za nią biec, ale ona zdąrzyła już wejść do domu.
* Peg *
Zaczęłam biec, byle być najdalej od niego. Nie wiem skąd dowiedział się, że tu mieszkam. Ale nie chciałam już go więcej widzieć. Słyszałam za sobą jego głos, nie przestawałam biec. Bałam się, że biegnie za mną, ale gdy odwróciłam głowę ... zobaczyłam, że nadal jest przy samochodzie. Musiał dopiero się odwrócić, bo miał minę, która mówiła 'co jest kurwa?'. Gdy dobiegłam do drzwi mojego domu nie zastanawiając się szybko weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz. Wbiegłam po schodach prosto do pokoju. Walnęłam plackiem na łóżko, uderzając się przy tym w głowę. Szybko złapałam się za tył głowy, czułam że będzie to duży guz.
Teraz ostrożnie kładąc głowę na poduszki, przymknęłam oczy. Zastanawiałam się, po co w ogóle tu przyjechał? Nie przychodziło mi nic do głowy.
- Peg, otwieraj drzwi! - usłyszałam z dołu Louisa, walącego pięścią w drzwi.
Przestraszyłam się lekko, co spowodowało ból z tyłu głowy. Zeszłam na dół najciszej jak się dało. Dyskretnie spojrzałam przez firankę. Nie zauważył. Był mocno wkurzony, widziałam to. Chyba nawet bardziej wkurzony niż był wcześniej. Odczułam lęk. Bałam się, że zrobi mi krzywdę gdy otworzę mu drzwi.
- Nie! - odkrzyknęłam, upewniając się czy zamki są domknięte.
- Peg, otwieraj te cholerne drzwi! - znowu mówił przez zaciśnięte zęby, co nie wróżyło najlepiej.
- Nie! I przestań walić w te drzwi, sąsiedzi mogą się patrzeć! - byłam pewna siebie, pierwszy raz od początku mojego całego życia.
- Dobra! Sama tego chciałaś, Peg! - krzyknął i walenie w drzwi zastąpiła cisza - nie na długo.
Po chwili Louis stał już w holu. Tak, w holu! Wywalił drzwi. Już po mnie!
- Louis coś Ty narobił ? Rodzice mnie zabiją - rzuciłam się na niego pięściami.
Ale wy mnie motywujecie! Dzięki Wam dzisiejszy post się pojawił. :) Dziękuje, dziękuje ! :* Jeśli chcecie przesyłajcie link do mojego opowiadania swoim znajomym, przyjaciołom itp., byłabym wam ogromnie wdzięczna ! xx
poniedziałek, 16 września 2013
Rozdział 2
* Peg *
Czekam za nią już 10 minut. Może zmieniła zdanie? Może bała się tego spotkania tak samo, jak ja? Nie wiedziałam, czy mam dalej czekać. Ale po następnych 5 minutach miałam już wychodzić. Gdy nagle w mojej prawej kieszeni jeansów zawibrował telefon. Wyciągnęłam pośpiesznie i otworzyłam wiadomość, była od Alice - mojej siostry.
Od: Alice
Do: Ja
Hej xx Przepraszam, ale dzisiaj się nie spotkamy. Musiałam zostać dłużej w szkole. Może umówimy się innego dnia ?
Jeszcze raz przepraszam Cię bardzo. :)
Alice xx
Siedziałam tak przy stoliku wpatrzona w wyświetlacz komórki. Zastanawiałam się co mam jej odpisać. Rozumiałam, że chodzi do szkoły i ma naukę, ale czy na prawdę musiała zostać dłużej? Czy tylko tak napisała, bo nie chciała się ze mną spotkać? Nie zwlekając dłużej odpisałam.
Od: Ja
Do: Alice
Cześć :) Nic się nie stało. Rozumiem. Ok, zdzwonimy się jeszcze. Ok ?
Peg xx
Wysłano. Jeszcze chwilę siedziałam przy stoliku, zastanawiając się co teraz mam robić. Podeszłam do blatu i zapłaciłam za moje zamówienie. Wychodząc z Starbucksa dostałam następną wiadomość.
Od: Alice
Do: Ja
Okey. Spróbuję do Ciebie na wieczór zadzwonić, więc miej komórkę przy sobie.
Alice xxx
Od: Ja
Do: Alice
Okey, Okey. Będę czekać. :)
Peg xx
Odpisałam i wysłałam, chowając komórkę do kieszeni. Stałam tak i patrząc się na rozjeżdżoną jezdnię, pomyślałam, że dawno nie byłam na spacerze. Spojrzałam, która godzina. Była już 4:35. W głowie ułożyłam sobie plan gdzie mogłabym się przejść. Włożyłam ręce do kieszeń płaszczu i ruszyłam w stronę torów wyścigów konnych. W dzieciństwie chodziłam tam co tydzień razem z rodzicami. Lubiłam przebywać w tamtym środowisku. Mogłam tam siedzieć godzinami. Doncaster Racecourse to najlepsze miejsce. Tam pierwszy raz nauczyłam się jeździć konno. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Było chłodno. Tego dnia moje włosy były spięte w kucyk, więc nie rozwiewał ich wiatr, chociaż był niemal odczuwalny. Przyjechałam razem z tatą i poszliśmy do prowadzącego lekcje jazdy konnej. Łatwo się dostałam, ponieważ był to dobry kolega ojca. Przyjął mnie z wielką chęcią. Ben - tak miał na imię - zaprowadził mnie do stajni, abym wybrała sobie konia, na którym chciałabym się uczyć jeździć. Było ich mnóstwo, ale mi przypadł ten jeden. Ten, który był najcichszy - pasował do mnie. Miał długą, białą grzywę, a w niektórych miejscach miał brązowe plamy. Podbiegłam do niego, a Ben otworzył mi drzwi. Nie wiem dlaczego, ale przytuliłam go, a on nawet się nie poruszył. Tak jakby wiedział, że nic mu nie zrobię. Kiedy skończyłam go przytulać, Ben założył mu siodło. Wdrapałam się na niego i powoli ruszyłam. Biegł truchtem. Odczułam, że nie chcę zrobić mi krzywdy. Już wtedy wiedziałam, że i on mnie polubił. Gdy chciałam od niego odchodzić, nie pozwalał mi za każdym razem. Dlatego Ben zawsze musiał go czymś zajmować, abym mogła odejść. Chociaż tego często nie chciałam tak jak mój koń.
Przerwałam moje rozmyślenia, kiedy zobaczyłam Bena. Wyglądał na trzydziestolatka przez ten jego zarost, ale tak na prawdę miał dwadzieścia pięć lat. Podeszłam do niego z uśmiechem na twarzy.
- Cześć Peg, miło Cię tu znowu widzieć - przywitał się i przytulił mnie.
- Hej Ben, Ciebie też miło widzieć - odpowiedziałam.
- Ile to lat minęło od naszego ostatniego wyścigu? - zapytał, a uśmiech momentalnie pojawił się na jego twarzy.
- Nie wiem... Ale chyba z dobre 5 lat temu - zastanowiłam się, przypominając sobie moje rozmyślenia.
- Duużo czasu - przeciągnął - Co Cię tu sprowadza ?
- Wyszłam szybciej z pracy i postanowiłam przejść się na spacer i przy okazji wpaść tutaj - odpowiedziałam i postanowiłam nie mówić mu o niewypalonym spotkaniu.
- Dobrze, skoro już tu jesteś, to może... - przerwał, ale po chwili kontynuował - Może miałabyś ochotę na mały wyścig?
- Teraz? - zapytałam zdziwiona.
W odpowiedzi dostałam tylko skinienie głową.
- Ale ja... ja już nie pamiętam, kiedy ostatni raz wsiadłam na konia... Minęło sporo czasu, nie wiem czy dam radę - powiedziałam i popatrzyłam się w stronę stajni, przyuważyłam, że nie ma tam jednej rzeczy. Bardzo ważnej rzeczy dla mnie.
- Gdzie jest Ronie? - zapytałam, chciałam znowu zobaczyć moją towarzyszkę, za którą się stęskniłam.
Nie odpowiedział, po jego minie stwierdziłam, że coś ukrywa. Miałam złe przeczucia...
- Halo, Ben ?! Gdzie jest Ronie ? - ponowiłam pytanie, lekko zdenerwowana. Czekałam chwilę na odpowiedź, ale w końcu ją dostałam.
- 2 lata po tym jak przestałaś tu przyjeżdżać ze swoim ojcem, ona... - przerwał, usiadł na kanapę i odetchnął głośno - Ona zachorowała. Zachorowała na influenzę, leczyliśmy ją, ale to nic nie dało. Miesiąc po leczeniu umarła - zapanowała grobowa cisza, a ja żałowałam, że zadałam te pytanie.
Usiadłam obok niego i wpatrzona w podłogę, nie wiedziałam co mam powiedzieć. Jedyne co teraz czułam to pustkę. Poczułam, jak Ben mocno mnie przytula.
- Przykro mi - wyszeptał mi do ucha. - Wiem, że była ona dla Ciebie ważna.
Mocniej się w niego wtuliłam. Czułam od niego zapach stajni, zapach przypominający mi o Ronie.
Nie odzywając się do siebie, wyszłam z budynku, po pożegnaniu się z Ben'em.
Nie chcąc już nigdzie spacerować, zamówiłam taksówkę. Po 10 minutach stała już przede mną. Wsiadłam i zapięłam pasy bezpieczeństwa. Całą drogę przejechałam patrząc się przez szybę na otaczający mnie świat. Taksówkarz musiał się chyba domyśleć, że nie chcę rozmawiać, bo sam się odzywał. W zamian za to pod głosił piosenkę lecąco w radiu, co spowodowało, że bardziej mnie dobiła. Zamyślona, nie zauważyłam, że byłam już przed swoim domem.
- Ile płacę? - zapytałam, wyciągając portfel z torebki.
- 10 funtów - odpowiedział, wyciągając rękę w moją stronę.
- Dziękuję - położyłam pieniądze na ręku faceta i wyszłam - Do widzenia - rzuciłam pośpiesznie i trzasnęłam drzwiami.
Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału, ale nie miałam czasu. Wiecie Rok Szkolny i te sprawy... Dziękuje za każde wejście, za każdy komentarz! :* Nie wiecie jaka to jest dla mnie motywacja. <3
Dziękuuuje xx
Czekam za nią już 10 minut. Może zmieniła zdanie? Może bała się tego spotkania tak samo, jak ja? Nie wiedziałam, czy mam dalej czekać. Ale po następnych 5 minutach miałam już wychodzić. Gdy nagle w mojej prawej kieszeni jeansów zawibrował telefon. Wyciągnęłam pośpiesznie i otworzyłam wiadomość, była od Alice - mojej siostry.
Od: Alice
Do: Ja
Hej xx Przepraszam, ale dzisiaj się nie spotkamy. Musiałam zostać dłużej w szkole. Może umówimy się innego dnia ?
Jeszcze raz przepraszam Cię bardzo. :)
Alice xx
Siedziałam tak przy stoliku wpatrzona w wyświetlacz komórki. Zastanawiałam się co mam jej odpisać. Rozumiałam, że chodzi do szkoły i ma naukę, ale czy na prawdę musiała zostać dłużej? Czy tylko tak napisała, bo nie chciała się ze mną spotkać? Nie zwlekając dłużej odpisałam.
Od: Ja
Do: Alice
Cześć :) Nic się nie stało. Rozumiem. Ok, zdzwonimy się jeszcze. Ok ?
Peg xx
Wysłano. Jeszcze chwilę siedziałam przy stoliku, zastanawiając się co teraz mam robić. Podeszłam do blatu i zapłaciłam za moje zamówienie. Wychodząc z Starbucksa dostałam następną wiadomość.
Od: Alice
Do: Ja
Okey. Spróbuję do Ciebie na wieczór zadzwonić, więc miej komórkę przy sobie.
Alice xxx
Od: Ja
Do: Alice
Okey, Okey. Będę czekać. :)
Peg xx
Odpisałam i wysłałam, chowając komórkę do kieszeni. Stałam tak i patrząc się na rozjeżdżoną jezdnię, pomyślałam, że dawno nie byłam na spacerze. Spojrzałam, która godzina. Była już 4:35. W głowie ułożyłam sobie plan gdzie mogłabym się przejść. Włożyłam ręce do kieszeń płaszczu i ruszyłam w stronę torów wyścigów konnych. W dzieciństwie chodziłam tam co tydzień razem z rodzicami. Lubiłam przebywać w tamtym środowisku. Mogłam tam siedzieć godzinami. Doncaster Racecourse to najlepsze miejsce. Tam pierwszy raz nauczyłam się jeździć konno. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Było chłodno. Tego dnia moje włosy były spięte w kucyk, więc nie rozwiewał ich wiatr, chociaż był niemal odczuwalny. Przyjechałam razem z tatą i poszliśmy do prowadzącego lekcje jazdy konnej. Łatwo się dostałam, ponieważ był to dobry kolega ojca. Przyjął mnie z wielką chęcią. Ben - tak miał na imię - zaprowadził mnie do stajni, abym wybrała sobie konia, na którym chciałabym się uczyć jeździć. Było ich mnóstwo, ale mi przypadł ten jeden. Ten, który był najcichszy - pasował do mnie. Miał długą, białą grzywę, a w niektórych miejscach miał brązowe plamy. Podbiegłam do niego, a Ben otworzył mi drzwi. Nie wiem dlaczego, ale przytuliłam go, a on nawet się nie poruszył. Tak jakby wiedział, że nic mu nie zrobię. Kiedy skończyłam go przytulać, Ben założył mu siodło. Wdrapałam się na niego i powoli ruszyłam. Biegł truchtem. Odczułam, że nie chcę zrobić mi krzywdy. Już wtedy wiedziałam, że i on mnie polubił. Gdy chciałam od niego odchodzić, nie pozwalał mi za każdym razem. Dlatego Ben zawsze musiał go czymś zajmować, abym mogła odejść. Chociaż tego często nie chciałam tak jak mój koń.
Przerwałam moje rozmyślenia, kiedy zobaczyłam Bena. Wyglądał na trzydziestolatka przez ten jego zarost, ale tak na prawdę miał dwadzieścia pięć lat. Podeszłam do niego z uśmiechem na twarzy.
- Cześć Peg, miło Cię tu znowu widzieć - przywitał się i przytulił mnie.
- Hej Ben, Ciebie też miło widzieć - odpowiedziałam.
- Ile to lat minęło od naszego ostatniego wyścigu? - zapytał, a uśmiech momentalnie pojawił się na jego twarzy.
- Nie wiem... Ale chyba z dobre 5 lat temu - zastanowiłam się, przypominając sobie moje rozmyślenia.
- Duużo czasu - przeciągnął - Co Cię tu sprowadza ?
- Wyszłam szybciej z pracy i postanowiłam przejść się na spacer i przy okazji wpaść tutaj - odpowiedziałam i postanowiłam nie mówić mu o niewypalonym spotkaniu.
- Dobrze, skoro już tu jesteś, to może... - przerwał, ale po chwili kontynuował - Może miałabyś ochotę na mały wyścig?
- Teraz? - zapytałam zdziwiona.
W odpowiedzi dostałam tylko skinienie głową.
- Ale ja... ja już nie pamiętam, kiedy ostatni raz wsiadłam na konia... Minęło sporo czasu, nie wiem czy dam radę - powiedziałam i popatrzyłam się w stronę stajni, przyuważyłam, że nie ma tam jednej rzeczy. Bardzo ważnej rzeczy dla mnie.
- Gdzie jest Ronie? - zapytałam, chciałam znowu zobaczyć moją towarzyszkę, za którą się stęskniłam.
Nie odpowiedział, po jego minie stwierdziłam, że coś ukrywa. Miałam złe przeczucia...
- Halo, Ben ?! Gdzie jest Ronie ? - ponowiłam pytanie, lekko zdenerwowana. Czekałam chwilę na odpowiedź, ale w końcu ją dostałam.
- 2 lata po tym jak przestałaś tu przyjeżdżać ze swoim ojcem, ona... - przerwał, usiadł na kanapę i odetchnął głośno - Ona zachorowała. Zachorowała na influenzę, leczyliśmy ją, ale to nic nie dało. Miesiąc po leczeniu umarła - zapanowała grobowa cisza, a ja żałowałam, że zadałam te pytanie.
Usiadłam obok niego i wpatrzona w podłogę, nie wiedziałam co mam powiedzieć. Jedyne co teraz czułam to pustkę. Poczułam, jak Ben mocno mnie przytula.
- Przykro mi - wyszeptał mi do ucha. - Wiem, że była ona dla Ciebie ważna.
Mocniej się w niego wtuliłam. Czułam od niego zapach stajni, zapach przypominający mi o Ronie.
Nie odzywając się do siebie, wyszłam z budynku, po pożegnaniu się z Ben'em.
Nie chcąc już nigdzie spacerować, zamówiłam taksówkę. Po 10 minutach stała już przede mną. Wsiadłam i zapięłam pasy bezpieczeństwa. Całą drogę przejechałam patrząc się przez szybę na otaczający mnie świat. Taksówkarz musiał się chyba domyśleć, że nie chcę rozmawiać, bo sam się odzywał. W zamian za to pod głosił piosenkę lecąco w radiu, co spowodowało, że bardziej mnie dobiła. Zamyślona, nie zauważyłam, że byłam już przed swoim domem.
- Ile płacę? - zapytałam, wyciągając portfel z torebki.
- 10 funtów - odpowiedział, wyciągając rękę w moją stronę.
- Dziękuję - położyłam pieniądze na ręku faceta i wyszłam - Do widzenia - rzuciłam pośpiesznie i trzasnęłam drzwiami.
Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału, ale nie miałam czasu. Wiecie Rok Szkolny i te sprawy... Dziękuje za każde wejście, za każdy komentarz! :* Nie wiecie jaka to jest dla mnie motywacja. <3
Dziękuuuje xx
Subskrybuj:
Posty (Atom)