poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 12

*Peg*
Poranne świeże powietrze wpadło do mojego pokoju przez uchylone okno prosto w moje nozdrza. Uwielbiałam takie poranki. Świeże powietrze i jak kiedyś - śniadanie do łóżka. Tak było za nim moi rodzice się rozwiedli. Za nim moja matka stała się alkoholiczką. Wtedy wszystko wyglądało inaczej.
Przypomniałam sobie, że miałam spotkać się z moją siostrą. Jednak nie wyszło. Uświadomiłam sobie, że w ogóle nie wiem co się z nią dzieje. Nie odzywa się. Nie pisze. Nie dzwoni. Muszę się dowiedzieć. Ale to oznacza, że znowu będę musiała iść do firmy, w której pracuje mój ojciec. Firmy, której szefem jest ON. Louis. Będę musiała znowu zmierzyć się z jego przenikliwym wzrokiem. Z jego niebieskimi oczami. Pięknymi oczami. STOP! Peg, przestań! Ty go nienawidzisz!
Muszę coś wykombinować, aby uniknąć spotkania z nim. Chociaż wątpię, że mi to się uda. Nie wiem jak on to robi, ale zawsze napotyka mnie. Mogę powiedzieć, że nawet przyzwyczaiłam się do tego. Ale nie powiem... zaczyna mnie to denerwować. Bo gdzie się pojawię, to i on tam zawsze jest.
Po dłuższej rozmowie w moim umyśle, postanowiłam w końcu wyjść z domu. Dzisiejszy dzień miałam wolny od pracy, ponieważ Josh miał dzisiejszą zmianę. Mogłam więc sobie pozwolić na pójście do kina, na spotkanie z przyjaciółmi... Wszystko, byle nie siedzieć bezczynnie w domu. Tym bardziej, że matki nie ma całymi dniami. Nie chciałam znowu spędzić samotnie dnia. Dlatego przeszłam się do ojca. Chciałam się dowiedzieć co słychać u Alice.
Wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi na klucz. Wyjęłam z płaszcza słuchawki i podłączyłam do mp4. Założyłam słuchawki na ucho i włączyłam swoją ulubioną playlistę. Poczułam się, jakby nagle wszystkie problemy otaczające mnie, zniknęły. Właśnie tak się czułam za każdym razem, kiedy zakładałam słuchawki na uszy i włączyłam piosenki. Pozwalałam, aby muzyka zawładnęła moim umysłem. Często też płakałam, bo pozwoliłam moim emocjom wyjść spod maski, jaką zakładałam codziennie rano. Ale to się przydawało. Nie miałam już takiego doła. Wsłuchując się w tekst piosenki, nie zauważyłam jak jakiś samochód podjechał obok mnie.
Spojrzałam na osobę siedząco za kierownicą i od razu przyśpieszyłam kroku. Serce zaczęło bić coraz szybciej. Szybko zdjęłam słuchawki, chowając je z powrotem do kieszeni płaszcza. Nie zatrzymywałam się, zaś samochód trochę przyspieszył.
- Peg, proszę! - zawołał Louis przez otwartą szybę - Chcę z tobą porozmawiać!
- Ale ja nie chcę! - rzuciłam.
- Proszę, Peg! Daj mi 5 minut - patrzył na mnie błagalnie.
- Dobra - zgodziłam się - Ale masz, aby 5 minut.
Uśmiechnął się pod nosem i szybko wyszedł z samochodu. Podszedł do strony pasażera i otworzył mi drzwi, tym samym dając mi znak, abym weszła do środka. Gdy weszłam, zamknął za mna drzwi. Szybkim krokiem okrążył samochód.
- A tak poza tym podwieźć cię gdzieś? - zapytał, gdy już wszedł do środka samochodu.
- Szłam w stronę twojej firmy - powiedziałam zakłopotana, tym jak to zabrzmiało. Mógł pomyśleć, że może chciałam się z nim spotkać... - Muszę znowu spotkać się z moim ojcem - wyjaśniłam szybko.
- Rozumiem. Nie musisz się tłumaczyć.
- Wiesz, musiałam. Nie chciałam, abyś źle mnie zrozumiał - czułam, że moje policzki robią się czerwone.
- Nie martw się nie pomyślałem o tym, że chciałabyś się ze mną spotkać - co on czyta w moich myślach? - Ale podwózkę masz załatwioną - uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam uśmiech.
Reszta drogi minęła w zupełnej ciszy. Cały czas patrzyłam się przez okno, podziwiając to co widzę. Dopiero teraz zauważyłam jak piękna jest moja okolica, w której wychowywałam się od maleńkiego.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, odpięłam pasy.
- Emm... To dzięki - powiedziałam, lekko zawstydzona. Otworzyłam drzwi, aby wyjść. Ale od razu poczułam jego rękę na swoim nadgarstku.
- Poczekaj! - usiadłam na fotel i spojrzałam w jego oczy. Zobaczyłam w nich zdenerwowanie - Chciałbym.... Chciałbym cię o coś prosić. Mogę?
- Zależy o co.. - zaśmiałam się, aby rozluźnić napiętą atmosferę.
- Chciałbym spotkać się z tobą, porozmawiać... Proszę, zgódź się. Bardzo mi na tym zależy.
- No nie wiem..
- Proszę cię, Peg - złapał mnie za ręce, a jego oczy nagle zrobiły się maślane.
Nie mogłam mu odmówić. Nie, kiedy jego oczy przejmowały nade mną kontrolę.
- Uhm.. No dobrze - powiedziałam, po chwili zastanowienia się - Dzisiaj o szesnastej, u mnie.
- Ok, będę na pewno - powiedział, słyszałam w jego głosie radość.
- To cześć - powiedziałam, wychodząc ze samochodu.
- Do zobaczenia.

***

Weszłam do dużego budynku, tak jak poprzedniego dnia. Przywitała mnie ta sama uśmiechnięta blondynka. Dziwiłam się, że jej uśmiech wcale nie schodzi z twarzy. Jednak może ma tak napisane w umowie, którą zawarła tu przed rozpoczęciem pracy. Bo z tego co zauważyłam, każda osoba w tej firmie ma uśmiech. Ale mniejsza z tym. 
- Dzień Dobry - przywitałam się, zanim podeszłam do biurka - Czy ojciec ma chwilę czasu? - zapytałam.
- Dzień Dobry - znowu ten głos przepełniony radością - Zaraz sprawdzimy - spojrzała w monitor laptopa stojącego przed nią. Zaczęła czegoś szukać, aż w końcu to znalazła.
- Carson? Jak dobrze pamiętam, prawda? - spojrzała na mnie, kiwnęłam głową.
- Pan Carson w tej chwili jest na zebraniu.
- Oh, no dobrze. To ja mo..
- Jak chcesz możesz poczekać - przerwała mi - Zebranie kończy się za 5 minut - uśmiechnęła się do mnie.
Jak może ją twarz nie boleć od tego ciągłego uśmiechania się? - pomyślałam.
- Dobrze, to poczekam - odpowiedziałam i skierowałam się w stronę czarnych foteli.
Siedziałam na fotelu i myślałam. Zastanawiałam się dlaczego właściwie Louis chcę się ze mną spotkać. Nie potrafiłam tego wyjaśnić. Martwiło mnie to, że coraz częściej o nim myślałam. Coraz bardziej chciałam go bliżej poznać. Spędzać z nim każdą wolną chwilę. Ale nie mogłam tego zrobić. Moja intuicja podpowiadała mi, że lepiej by było gdybym trzymała się od niego jak najdalej. Zaś serce mówiło co innego. Miałam mętlik w głowie. I bałam się własnego wyboru. Bo bardziej skłaniało mnie do tego, abym zaczęła się z nim spotykać. 
- Pani Carson? - nagle głos blondynki wyrwał mnie z zamyśleń. 
- Tak?
- Pani ojciec jest już w swoim gabinecie, może pani wejść.
- Dobrze, dziękuje - odpowiedziałam i weszłam do windy, wciskając numerek 25.
Winda ruszyła, a w tle grała cicha i spokojna muzyczka. Gdy drzwi rozsunęły się zobaczyłam całkowicie białe pomieszczenie. Było bez życia. Żadnego obrazu. Żadnego kwiatka. Nic. Po prostu pustka. Tak jakby ktoś nie miał w ogóle kreatywności. Ciekawe czy wszystkie pomieszczenia w tym budynku tak wyglądają? - zapytałam sama siebie.
Zapukałam do drzwi. 
- Proszę - usłyszałam po drugiej stronie.
Pociągnęłam za klamkę i weszłam do środka. 
- Witaj Peg - jego twarz nagle rozpromieniła się - Cieszę się, że znowu cię widzę - przytulił mnie.
Odwzajemniłam uścisk, po czym usiadłam na krześle.
- To co cię znowu tu sprowadza? - zapytał, siadając na przeciwko mnie.
- Chciałam porozmawiać - powiedziałam pewnym głosem - o Alice.
- A co chcesz wiedzieć? Nie wiem czy w czymś ci pomogę.
- Martwię się o nią. Nie odpisuje mi, nie odbiera. Nic. Przyszłam tu, bo wiem, że z tobą mieszka. Więc pomyślałam, że może wiesz coś.
- Chciałbym ci pomóc Peg, ale nie mogę - jego głos był na skraju załamania.
- Dlaczego? - zapytałam zdziwiona.
- Alice już od prawie 3 tygodni nie ma w domu - powiedział zmartwionym głosem.
- I nie zgłaszałeś tego na policję? - uniosłam się.
- Peg, spokojnie - uspokajał mnie, ale jak ja mogłam być spokojna? - Alice zostawiła list, w którym napisała, że wyjeżdża. Napisała też, że nie wie ile jej nie będzie.
- A wiesz chociaż, gdzie wyjechała? - zapytałam ponownie.
- Nie napisała - powiedział, niemal niesłyszalnie.
Zapanowała cisza. Nie wiedziałam co miałam zrobić, a tym bardziej powiedzieć. Po prostu podeszłam do ojca i go przytuliłam. Odwzajemnił uścisk. Wiedziałam, że jest mu ciężko. Następna kobieta w jego życiu odeszła od niego, z niewiadomych przyczyn. Pierwszą była matka, teraz jego własna córka. Pewnie myślał co robił źle, że odeszły. 
- Będzie dobrze, tato - spróbowałam powiedzieć to pewnym głosem, ale nie wiem czy to się udało - Nie martw się.
- Mam nadzieję, Peg. Mam nadzieję - przytulił mnie jeszcze bardziej, po czym mnie wypuścił z ramion - A teraz przepraszam cię, ale mam dużo roboty.
- Rozumiem - skierowałam się w stronę drzwi - Nie przeszkadzam - uśmiechnęłam się.
- Obiecuję, że wpadnę kiedyś do ciebie.
- Trzymam cię za słowo - zażartowałam - Do widzenia.
- Do widzenia, Peg.

No i mamy 12 rozdział. Przepraszam, że tak długo na niego czekaliście, ale nie miałam weny. Znaczy mam dużo pomysłów w głowie na dalszą akcję, ale jakoś nie potrafiłam doprowadzić tego do porządku. 
Życzę Wam wesołych i mile spędzonych ferii :) Odpoczywajcie i nabierajcie sił. 
Nowy rozdział tak dla rozpoczęcia ferii dla tych, którzy je mają. xx
35 komentarzy = nowy rozdział

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 11

*Louis*
Na dworze było już ciemno. Nie miałem już siły, żeby jechać do Peg. Dlatego od razu skierowałem się do domu. Zaparkowałem w garażu. Musiałem wyjąć telefon, aby przyświetlić sobie drogę do głównych drzwi. Bez najmniejszych przeszkód dotarłem do salonu. Zapaliłem lampę stojąco koło kanapy.
W pokoju od razu stało się jaśniej, a dopiero teraz zauważyłem jaki bałagan panował na stoliku. Papiery dotyczące firmy były porozwalane na całej powierzchni. Musiałem w końcu wziąć się za to. Spojrzałem na zegarek w komórce. Miałem jeszcze sporo czasu. Postanowiłem więc, że im szybciej zacznę, tym szybciej skończę. Usiadłem na kanapie i odruchowo przejechałem ręką po włosach.
Pochyliłem się i zebrałem wszystkie papiery. Przyrzekam, że tych kartek jest z tysiąc.
Zacząłem każda czytać po kolei. Dużo było paragrafów, podpunktów.
Po godzinie litery zaczęły zlewać mi się w jedno. Oczy zaczynały boleć coraz bardziej.
Odłożyłem papiery na bok i wstałem. Wstawiłem wodę na kawę, po czym wyszedłem do łazienki. Spojrzałem w lusterko. Oczy były przemęczone, u dołu lekko podkrążone. Nic dziwnego parę nocy miałem nie przespanych. Odkręciłem kran i podłożyłem ręce, w które nabrałem wody. Przychyliłem się i oblałem twarz. Zimna woda podziałała na mnie otrzeźwiająco. Przestałem być senny, a oczy ewidentnie były bardziej żywe, jeśli tak to można nazwać.
Wróciłem do kuchni, aby zaparzyć kawę, po czym wziąłem kubek i wróciłem na kanapę. Ponownie zacząłem czytać następne kartki. Niektóre punkty były niepotrzebne, ponieważ sam wiedziałem o nich.

***
Obudziłem się leżąc na kanapie. Nie wiedziałem, w którym momencie wczoraj zasnąłem. Usiadłem się. Oparłem ręce na udach, przecierając oczy i przejeżdżając rękoma po włosach, gdy nagle zauważyłem coś białego pod stolikiem. Sięgnąłem ręką i zobaczyłem list. Musiał wylecieć z papierów i nie zauważyłem go. Leży tu chyba 2 dni. Całkiem o nim zapomniałem. Przez ostatnie dni dużo się działo, aż za dużo. 
Otworzyłem go. Na samym środku widniał napis firmy REPAIR DOOR. Ostrzegali, że jeżeli nie zapłacę w ciągu tygodnia sumy jaką jestem im winien, mogą to zgłosić na policję, a nawet pozwać do sądu. 
Nie chciałem mieć w tej chwili żadnych problemów. Dobrze się złożyło, bo jadę dzisiaj do firmy, więc od razu wstapie do nich i załatwię sprawę. 
Szybko poszłem do łazienki i doprowadziłem się do porządku. Teraz musiałem założyć garnitur, aby wyglądać na prawdziwego szefa, skoro już nie długo miałem nim zostać. Jakoś nie mogłem przyzwyczaić się do tego ubioru. Nie pasował do mnie. Mięśnie aż opinały się, a koszula całkowicie przylegała do mojego torsu. Spod koszuli było widać wszystkie tatuaże, jakie miałem. A uwierzcie mi, miałem ich sporo. 
Włosy nie opadały mi na czoło, tylko wziąłem je na żel, w wyniku czego wszystkie zostały zarzucone do tyłu. Spojrzałem w lustro. Teraz wyglądałem jak szef, prawdziwy szef wielkiej firmy.
Ruszyłem samochodem w stronę firmy. Gdy dojechałem rozglądałem się za miejscem wolnym na parkingu. Był cały zatłoczony. W końcu udało mi się znaleźć, zaparkowałem. 
Ustałem przed firmą. Spojrzałem na budynek. Domyśliłem się, że zapewne moje biuro będzie znajdowało się na ostatnim piętrze. Wszedłem do budynku. Każdy kto mnie mijał, mówił mi "Dzień Dobry". Nie znałem tam nikogo, ale oni mnie znali. Jak przystało na gentlemen'a odpowiadałem.
Podszedłem do blondynki, która siedziała za biurkiem.
- Dzień Dobry.
- Dzień Dobry - uśmiechnęła się do mnie promiennie - W czym pomogę pomóc?
- Szukam John'a Carter'a.
- Był Pan umówiony na dzisiaj? - zapytała.
- Nie, ale Pan Carter czeka na mnie.
- Przykro mi, ale jeżeli Pan nie został umówiony, nie mogę Pana wpuścić.
- Ale... Znaczy jestem siostrzeńcem byłego szefa.
- Pan Tomlinson? - zapytała. Przytaknąłem.
- Przepraszam bardzo, to więcej się nie powtórzy... - mówiła, a głos jej drżał.
- Spokojnie, nic się nie stało - powiedziałem, łapiąc ją za ramię - Nie mogłaś tego wiedzieć - uśmiechnąłem się do niej, dodając jej trochę otuchy - Więc gdzie mogę go znaleźć?
- Ostatnie piętro - odpowiedziała.
Jednak moje przypuszczenia się sprawdziły. Zawsze biuro szefa jest na samej górze budynku.
Wszedłem do windy i nacisnąłem guzik z numerkiem 39. Cicha i spokojna muzyczka leciała w tle.
Gdy drzwi windy otworzyły się, zobaczyłem biurko, za którym siedziała moja przyszła sekretarka.
Uśmiechnęła się do mnie promiennie i tak jak wszyscy powiedziała "Dzień Dobry". Chyba wiedziała, że Pan Carter na mnie czeka, bo o nic nie pytała. Dlatego po prostu zapukałem do drewnianych drzwi.
- Proszę - usłyszałem po drugiej stronie. Wszedłem do środka.
- Dzień Dobry Panie Carter!
- Dzień Dobry - przychyliłem się, aby uścisnąć rękę na powitanie - Czekałem na Ciebie Panie Tomlinson'ie.
- Domyślam się i na prawdę przepraszam, że musiał Pan tak długo czekać...
- Nie musisz się tłumaczyć - przerwał mi - Interesuje mnie, aby jedna rzecz. Powinieneś wiedzieć jaka.
- Tak, wiem.
- To jak podpisujemy? - zapytał.
Pomyślałem chwilę, zanim przytaknąłem głową. Z jednej strony chciałem przejąć interesy po wuju, ale z drugiej strony w ogóle mnie do tego nie ciągnęło.
Dzisiejszy dzień oznaczał mój koniec! Koniec szaleństw, koniec pieprzenia się z wszystkimi laskami. Gdyby te rzeczy ujrzały światło dzienne byłoby po mnie, po firmie.
- Tak, przejrzałem wszystkie papiery i mam nadzieję, że spełnię wszystkie oczekiwania.
- Na pewno Panu się uda. Może Pan na mnie liczyć, bo jestem współpracownikiem.
Obydwoje podpisaliśmy papiery wyznaczonym miejscu.
- Dziękuje i mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało - uścisnął moją dłoń.
- Też mam taką nadzieję.
- Dzisiaj to na tyle! Zaczynasz od przyszłego tygodnia.
- Na którą muszę być? - zapytałem.
- Na 9 musisz być już w firmie.
- Ok.
- No to pozostaje mi tylko powiedzieć: Witaj w firmie! - uśmiechnął się - Teraz przepraszam, ale muszę już iść.
- Rozumiem. Do widzenia i jeszcze raz dziękuje.
- Nie ma za co - odpowiedział - Do widzenia.

*Peg*
Postanowiłam przejść się do pracy mego ojca. Musiałam z nim porozmawiać o matce. Coraz bardziej działała mi na nerwy. Ostatnio rzadko nawet spotykałam ją w domu. Zazwyczaj mijałyśmy się w wejściu. Musiałam coś z tym zrobić, a jedynym wyjściem był ojciec. On jedyny jakoś wpływał na nią, pomimo tego, że byli po rozwodzie.
Gdy weszłam do środka ogromnego budynku, przywitał mnie promienny uśmiech blondynki, która siedziała za biurkiem. Podeszłam do niej.
- Dzień Dobry - przywitałam się.
- Dzień Dobry! W czym mogę pomóc? - zapytała.
- Przyszłam porozmawiać z ojcem, czy mogłaby Pani go poprosić?
- Jeżeli będzie miał czas, to oczywiście. Jak masz na nazwisko?
- Carson... Peg Carson.
- Dobrze, zaraz zadzwonię. Usiądź i poczekaj chwilkę.
- Dobrze, dziękuje - powiedziałam i uśmiechnęłam się.
Usiadłam na czarnym fotelu i wzięłam do ręki gazetę, która leżała na stoliku obok. Bardzo szybko mi się znudziła, dlatego wyjęłam z kieszeni moich spodni komórkę. Mój wzrok na chwilę powędrował w stronę windy, słysząc dźwięk oznaczający otwieranie windy.
Oczy szerzej się otworzyły, gdy zobaczyłam, że z windy wychodzi Louis. Co on tu robi? I co mu się stało, że jest ubrany w garnitur? Czyżby szukał pracy? Różne myśli przelatywały mi przez głowę. Niestety nie potrafiłam tego wyjaśnić skąd się wziął. Szybko powróciłam wzrokiem w stronę swojej komórki. W duchu modliłam się, aby mnie nie zauważył, co było nie możliwe. Jednak miałam cicho nadzieję, że nie zwróci na mnie uwagi.
- Peg? - niestety! Moje prośby nie zostały wysłuchane.
- Louis? - zapytałam, tak samo zdziwiona jak on.
- Co ty tu robisz? - zapytaliśmy w tym samym czasie.
- Przyszłam do swojego ojca... A ty?
- Od dzisiaj jestem szefem tej firmy - zatkało mnie, nie wiedziałam co powiedzieć.
- Aha - na tyle było mnie stać.
- Pani Carson? - zapytała blondynka.
- Tak?
- Możesz pójść do swojego ojca, numer piętra 25 - powiedziała, obdarowywując mnie uśmiechem.
- Dziękuje bardzo - odwzajemniłam uśmiech, a ona tylko kiwnęła głową.
Z powrotem odwróciłam się w stronę Louis'a.
- Ja już muszę lecieć... ee.. Too.. cześć - powiedziałam i szybko ruszyłam w stronę windy.
- Zaczekaj - zawołał i złapał mnie za nadgarstek. Gwałtownie odwróciłam się i wyrwałam nadgarstek z jego ręki.
- Louis proszę cię zostaw mnie w spokoju!
- Proszę cię spotkajmy się, daj mi szansę wytłumaczyć się - błagał mnie, ale ja już nie miałam na to siły.
- Wytłumaczyć? Z czego? - zapytałam.
- Dobrze wiesz z czego, Peg - warknął.
- Proszę Louis, zostaw mnie - prosiłam - Ja już nie mam siły na to wszystko!
Pozwolił mi odejść. Jednak wiedziałam, że zrobi wszystko, aby znowu mnie spotkać.

*Louis*
Pozwoliłem jej odejść. Wejść do windy i dać jej spokój. Ale spokój dzisiejszego dnia. Jeszcze zobaczę ją, obiecuję. Dzisiaj miałem jeszcze inne sprawy na głowie. Musiałem pojechać do firmy REPAIR DOOR i załatwić sprawę. Wsiadłem do auta i wstukałem w nawigację ulicę, która widniała na kopercie. Ruszyłem trasą, jaka została mi wyznaczona. Od firmy mojego wuja, należącej teraz do mnie do firmy REPAIR DOOR było 10 minut drogi.
Gdy zatrzymałem się na parkingu, mój wzrok powędrował w stronę budynku. Nie był to duży budynek, raczej taki średni. Wysiadłem z auta i podszedłem do drzwi. Otworzyłem je. Pomieszczenie w środku nie było dość przyjazne.
- Jest tu ktoś? - krzyknąłem i nagle jakiś mężczyzna wyłonił się.
- Dzień Do..
- Czego szukasz? - przerwał mi, a ja od razu wyczułem, że gość nie jest dobrym człowiekiem.
- Przyszłem w sprawie zapłaty za naprawę.
- Pan Tomlinson?
- Tak. Macie tu swoją kasę - rzuciłem na stolik stojący naprzeciwko mnie.
Facet podszedł do niego i przeliczył kasę.
- Czyżbyś zapomniał jak się umawialiśmy? - zapytał ostrym tonem.
- Pamiętam! - odpowiedziałem, przeszywając go przenikliwym spojrzeniem - Druga połowa będzie za jakiś czas.
- Słuchaj! Nie tak się umawialiśmy!
- Wiem, ale sprawy się skomplikowały.
- Dobra, zrobimy tak! - oparł się o stolik, spoglądając na mnie - Dam ci czas na uzbieranie kasy i za 3 tygodnie widzę kasę, jasne?
- Nie strasz mnie, bo się ciebie nie boję skurwielu! - odpowiedziałem zimnym tonem.
- Nie obchodzi mnie to czy się mnie boisz, czy nie! Jeżeli za 3 tygodnie nie pojawi się kasa, to zobaczymy co zrobisz gdy ktoś zrobi krzywdę komuś bliskiemu tobie - zaśmiał się złowieszczo, co mnie ostro wkurwiło!
Nie wytrzymałem i podszedłem do niego. Przywaliłem mu w mordę, a jemu już nie było do śmiechu.
Złapałem go za koszule i przyparłem do ściany.
- Nawet nie waż się dotknąć kogoś bliskiego. Jeżeli zrobisz to, zobaczysz, że pożałujesz! - splunąłem w jego stronę, po czym puściłem koszulę i wyszedłem z budynku.

czytasz=komentujesz




poniedziałek, 30 grudnia 2013

ZWIASTUN!



Hej :)
W końcu pojawił się zwiastun. Tylko wystąpił mały błąd, ponieważ w zwiastunie pokazana jest inna bohaterka niż ta, którą wybrałam. Więc wyobraźcie sobie, że zamiast tej aktorki, która tam jest - jest ta, która jest w zakładce 'Bohaterowie'. 

Zwiastun zrobiła koleżanka, do której możecie zgłaszać się, jeśli chcecie zwiastun do swojego FF. 

Życzę Wam wszystkim udanego Sylwestra i żeby rok 2014 był lepszy od poprzedniego. Wszystkim, którzy piszą FF czy opowiadanie życzę duuużo weny i jeszcze więcej pomysłów. :)
Lucy Black
xoxo

sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 10

Następnego dnia
*Louis*
Zaspany wstałem z łóżka i ruszyłem w stronę łazienki, aby wziąć prysznic. Stałem tak pod prysznicem patrząc się na popękane knykcie. Mogę powiedzieć, że może trochę przesadziłem z siłą jaką nawalałem tego gościa. Ale zasłużył sobie. Jednak ja martwiłem się o jeden szczegół. O Peg, była wystraszona...bała się mnie. Najgorszą rzeczą jest to, że chyba nigdy nie przestanie się mnie bać. Nigdy mnie nie polubi, ale ja będę się starał. Nie poddam się bez walki o nią. Musi być moja.
Owinąłem ręcznikiem dolne partie ciała i ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie kawę i zjadłem coś na szybko. Przebrałem się w ciuchy i postanowiłem pojechać do sklepu. Bo wszystkie zapasy żywieniowe, jak i te alkoholowe się skończyły.
Wychodząc z domu zauważyłem, że moi sąsiedzi znowu coś majstrują przy bramce. Zignorowałem to, nie chciałem psuć sobie nastroju.
Ruszyłem samochodem do sklepu. Jechałem powoli, ponieważ nigdzie mi się nie spieszyło. Zaparkowałem pod sklepem. Wziąłem koszyk, wchodząc do sklepu. Chodziłem między regałami, gdy nagle spostrzegłem tego dupka. Josh'a. Na same spojrzenie na niego zagotowało się we mnie.
Musiałem przemówić mu do rozsądku. Taka okazja może się już nie zdarzyć. Ruszyłem w jego stronę. Podeszłem do niego od tyłu.
- Proszę, proszę...kogo my tu mamy? - powiedziałem, a na mój głos aż podskoczył.
- Czego chcesz? - zapytał.
- Pogadać z tobą, bo widzę, że muszę przemówić ci do rozsądku.
Położyłem koszyk z zakupami na podłogę. Odruchowo podgiąłem lekko rękawy od bluzy.
Podeszłem do niego i złapałem za koszulę, po czym przycisnąłem go do ściany.
- Słuchaj kurwa! Masz odpierdolić się od Peg, jasne? - mówiłem przez zaciśnięte zęby i coraz bardziej zaciskałem pięści na jego koszulce.
- A jeśli się nie odpierdolę? Co mi zrobisz? - warknął i odepchnął mnie od siebie.
Czułem, że zaraz nie wytrzymam. Coraz bardziej działał mi na nerwy. Moje knykcie, aż pobielały od ciągłego zaciskania.
- Jak uważasz? Peg od razu będzie wiedziała, że to twoja sprawka - przybliżył się do mnie, staliśmy twarzą w twarz - Jak myślisz? Kogo wybierze? Wiadomo, że będzie mnie broniła - wypowiadając ostatnie słowa uśmiechnął się złowieszczo.
Nie odzywałem się, myślałem nad jego słowami. Miał rację. Wtedy Peg jeszcze bardziej by mnie znienawidziła, jeszcze bardziej by się mnie bała. Nie chciałem tego.
- Pomyśl, jeśli pobiłbyś mnie, to na pewno do ciebie by się nie zbliżała... nie chciałaby mieć z tobą żadnego kontaktu.
Spojrzałem na niego gniewnie. Nie wytrzymałem. Złość wzięła nade mną górę. Rzuciłem się na niego, okładając pięściami jego twarz. Ludzie naokoło patrzyli się na nas, ale żaden nie zareagował.
Jego twarz była cała we krwi, dziwiło mnie to, że w ogóle się nie bronił. Wtedy do mnie to dotarło. On wszystko sobie zaplanował. Chciał żebym go pobił, dlatego mnie sprowokował. Chciał żeby Peg nie miała ze mną żadnego kontaktu. Szybko wstałem i ruszyłem do wyjścia.
- Nigdy nie będzie twoja - usłyszałem za sobą jego śmiech, po wypowiedzianych słowach.
Wkurzony wyszedłem ze sklepu i wsiadłem do samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. Oparłem się o kierownicę i głęboko oddychałem, aby się uspokoić.
W tej chwili myślałem tylko o Peg. Nie mogła się o tym dowiedzieć.
Poczekałem aż ten dupek Josh wyjdzie ze sklepu. Wtedy zaatakuje! Wolę żeby nie było świadków.
Po około 10 minutach wyszedł. Spokojnie wyszłem ze samochodu i podążyłem za nim.
Złapałem go od tyłu za bluzę i popchnąłem, w wyniku czego upadł na ziemię. Szybko się podniósł.
Złapałem za bluzę i przycisnąłem do ściany.
- Jeżeli Peg się dowie o dzisiejszym incydencie to nie będzie Ci już tak zabawnie - powiedziałem przez zaciśnięte zęby - A twoja buźka już nie będzie taka ładna, mogę ci to obiecać. Rozumiemy się?
Jego oczy były przerażone. Teraz już nie był taki odważny.
Jedynie na co było go stać, to przytaknięcie głową. Uśmiechnąłem się pod nosem i puściłem go. Ruszyłem do samochodu.

*Peg*
Dzisiejszy dzień w bibliotece był nudny. Josh nie pojawił się dzisiaj w pracy. Może tym lepiej. Nie chciałam dzisiaj go widzieć. Nie po tym co wczoraj zaszło. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi, a on widocznie chcę czegoś więcej. Ale czy ja chcę? Nie. Jedyne czego bym teraz chciała to mieć święty spokój od
jakichkolwiek problemów.
Dzisiejszego dnia było bardzo mało ludzi, dlatego zadzwoniłam do szefa czy mogłabym wyjść szybciej z pracy. Zgodził się. Bardzo mu dziękowałam, bo naprawdę zanudziłabym się na śmierć. Dużo myślałam nad tym co się wydarzyło wczorajszego dnia. Zastanawiało mnie to dlaczego Louis tak gwałtownie reagował... Na dodatek ciągle czułam jego dotyk na swojej talii. Pomimo tego, że jest agresywny, ten dotyk był taki delikatny... Potrząsnęłam głową. Coraz bardziej przerażała mnie myśl, że bardzo często myślę o nim.
Gdy skończyłam pakować swoje rzeczy do torby wyszłam z biblioteki. Powoli robiło się ciemno. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu. Podskoczyłam, gdy nagle ktoś złapał mnie za ramię.
- Hej - powiedział Derek.
- Hej - odetchnęłam - Przestraszyłeś mnie...
- Przepraszam.. nie chciałem.
- Okey.. nic się nie stało... Zresztą co ty tu robisz? - zapytałam.
- Wyszedłem szybciej z pracy, postanowiłem przejść się i akurat zauważyłem ciebie - uśmiechnął się w moją stronę, a ja odwzajemniłam uśmiech. - A ty co robisz o tak późnej porze?
- Też wyszłam szybciej z pracy - odpowiedziałam. - Takto pracuje jeszcze dłużej, tylko zadzwoniłam do szefa czy bym mogła wyjść szybciej z pracy...no i jak widać zgodził się - ruszyłam dalej w stronę domu, gdy zorientowałam się, że cały czas staliśmy w miejscu.
- Na twoim miejscu bałbym się wracać do domu o tak późnej godzinie..
- Jak widać jestem odważna - zażartowałam.
- Nie wątpię w to - szturchnął mnie w talię. - A tak w ogóle może ci przeszkadzam?
- Nie, nie przeszkadzasz - uśmiechnęłam się - Powiem szczerze, że nawet cieszę się, że idziesz razem ze mną...
- To dobrze - złapał mnie za ramię i lekko przysunął do siebie.
Spojrzałam na jego rękę na swoim ramieniu i chyba musiał to zobaczyć, bo od razu zabrał ją. Uśmiechnęłam się pod nosem na jego lekkie zdenerwowanie. Odwrócił wzrok i podrapał się po karku.
Dalszy spacer do mojego domu przeszliśmy w ciszy.
- To tu.. - powiedziałam, gdy doszłam do bramki, ale przypomniałam sobie, że przecież wie gdzie mieszkam - Dziękuje, że zechciałeś mnie odprowadzić.
- Cała przyjemność po mojej stronie - schylił się i ucałował mój policzek, uśmiechnęłam się nie śmiało, co wywołało u niego cichy chichot. - Do zobaczenia.
- Cześć - pomachałam mu i szybko weszłam do środka.

No i mamy już 10 rozdział! Dziękuje Wam za wsparcie, bo dzięki Wam tak daleko zaszłam. Przepraszam też za to, że rozdział tak długo się nie pojawiał pomimo tego, że dawno wskoczyło 30 komentarzy, ale po prostu nie miałam weny. Jednak ważne jest to, że w końcu go napisałam... 
Co myślicie o nowym rozdziale? Proszę piszcie w komentarzach, bo chcę wiedzieć czy Wam się podobają rozdziały.. inaczej nie widzę sensu pisania tego FF..
40 komentarzy=nowy rozdział

niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 9

*Peg*
Stałam tam zszokowana, tym co zrobił Louis. Wiedziałam, że nie potrafi opanować swoich emocji, ale że aż do takiego stopnia? Teraz przesadził, ostro przesadził. Co mu w ogóle strzeliło do głowy? Josh po prostu stał w mojej obronie. Zebrałam emocje szalejące we mnie i ruszyłam w jego stronę. Bałam się jak diabli, ale zawsze warto spróbować. Warto przezwyciężyć swój strach. Wewnętrznie cała się trzęsłam, zewnętrznie byłam pewna siebie. Wiedziałam, że mi nie może nic zrobić, nawet by nie spróbował.
- Wynoś się stąd! - krzyknęłam.
- Peg, posłuchaj...
- Żadne posłuchaj! - krzyknęłam jeszcze głośniej - Masz się stąd wynieść! I to już!
- Peg, przepraszam, ale nie mogłem wytrzymać - powiedział, a jego oczy błagały o przebaczenie.
- Czego? - zapytałam - Czego nie mogłeś wytrzymać?
Nie odezwał się, był cicho. Nawet nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego.
- Tego, że stawał w mojej obronie? - znowu zapytałam.
Brak jakiejkolwiek odpowiedzi z jego strony. Przede mną nie stał już pewny siebie chłopak, tylko bezbronny i jakby zagubiony. Ale nie mogłam pozwolić, aby uszło mu to na sucho.
- Odpowiedz! - zażądałam.
- Tak, tego właśnie nie wytrzymałem! - warknął.
Przestraszyłam się lekko jego warknięcia. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie wiedziałam, że był taki głupi.
No bo jaki normalny człowiek bije za coś takiego? Żaden!
- Wyjdź! - na tyle, aby było mnie stać. Nie miałam już siły na to wszystko.
- Peg...
- Wyjdź! - krzyknęłam i wskazałam na drzwi.
Nie odpowiedział, zrobił to o co go poprosiłam. Gdy wyszedł szybko podbiegłam do Josh'a. Jego twarz była cała zakrwawiona, tak samo jak ręce, które atakowały Louis'a.
- O boże.. - wymsknęło mi się, gdy tak patrzyłam na niego.
- Peg, nic mi nie jest - powiedział i uśmiechnął się słabo.
- Nie żartuj sobie, to nie jest śmieszne.
- Nawet nie próbuję.
- Dasz radę wstać? - zapytałam.
- Raczej nie..
- Dobra, pomogę ci - powiedziałam i podeszłam do niego. Wzięłam go pod pachę i podniosłam. Zajęczał gdy przesunęłam rękę. Posadziłam go na krzesło i chwyciłam moją komórkę.
- Zadzwonię po pogotowie - oznajmiłam, a on szybko wyrwał mi ją z rąk.
- Po co?
- Żeby obejrzeli rany..
- Sam mogę to zrobić - powiedział zimnym tonem.
- Owszem, ale lepiej żeby obejrzeli cię lekarze - wyciągnęłam rękę w jego stronę w celu odzyskania jej, ale on odsunął ją z zasięgu mojej ręki.
- Nie, nie zadzwonisz.
- Dlaczego?
- I co im powiesz? - zapytał i uniósł jedno brew. Pomyślałam przez chwilę i spojrzałam na niego. - No właśnie.
- Ale nie możesz tak wyjść na ulicę - wskazałam na jego twarz - Chodź.
- Gdzie?
- Na zaplecze - złapałam go za rękę i poprowadziłam w kierunku, który wspomniałam - Skoro nie chcesz, żeby lekarze cię obejrzeli, ja to zrobię.
- Oh.., no okey.. - westchnął.
Usiadł się i oparł głowę o szafkę. Wyjęłam apteczkę i postawiłam na ławkę. Przysunęłam krzesło do niego, po czym usiadłam. Wzięłam ręcznik i pomoczyłam go wodą. Przyciskałam lekko do ran na twarzy Josh'a. Krzywił się z bólu, co mnie bolało.
- Przepraszam - powiedziałam i spuściłam wzrok.
- To nie twoja wina, Peg.
- Moja, bo gdyby nie ja, nie miałbyś tych ran - zaczęłam bawić się ręcznikiem - Nie musiałeś stawać w mojej obronie, dałabym sobie radę.
- Nawet tak nie mów! To nie jest twoja wina, chciałem ci pomóc - złapał mnie za nadgarstki - Spójrz na mnie - zrobiłam to o co mnie prosił - Słyszałem jak do ciebie się odzywał. Miałem też już przyjemność z nim rozmawiać, więc wiem, że nie ma szacunku do ludzi. Zresztą sam się oto prosiłem - zaśmiał się, ale wiedziałam, że zrobił to tylko dlatego, aby nie było mi smutno.
- Dziękuje - powiedziałam i wróciłam do pozbywania się krwi z jego twarzy.
Gdy uporałam się z tym, na końcu wzięłam małe plastry i przykleiłam, do niektórych miejsc.
- Skończone - uśmiechnęłam się do niego.
- Odwaliłaś kawał dobrej roboty - powiedział spoglądając w lusterko - A ty chciałaś od razu dzwonić po pogotowie, obyło się.
- Przestań! - zarumieniłam się. Ustał i patrzył się na mnie, rozmyślając - Co? - zapytałam po chwili.
- Jesteś słodka, gdy się rumienisz - czułam, że zaraz spłonę - Zamknij oczy.
- Po co?
- Zamkniesz? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Kiwnęłam głową na potwierdzenie.
- Nie ruszaj się - powiedział i wtedy wyczułam, że jest blisko mnie. Czułam, że mój brzuch zaraz wywinie koziołka. Po chwili poczułam jego usta na moich. Szybko zareagowałam i odepchnęłam go od siebie, po czym spoliczkowałam go. Wybiegłam z zaplecza i ruszyłam w stronę drzwi. Co on sobie myślał?
- Peg, zaczekaj! - gwałtownie odwróciłam się w jego stronę.
- Po co? Żebyś znowu mnie pocałował? - warknęłam, byłam mocno wkurzona.
- Nie! Przepraszam, nie chciałem...
- Przestań! - przerwałam mu - To ma się już więcej nie powtórzyć, jasne? - kiwnął głową.
Wyszłam z budynku. Chciałam znaleźć się jak najszybciej w domu.

*Louis*
Teraz sam wiem, że przesadziłem! - pomyślałem. Wiedziałem, że Peg jest na mnie ostro wkurzona. Ale gdyby nie ten dupek Josh, może udałoby mi się z nią nawiązać tą nić porozumienia. Nie wiem co zrobię, żeby Peg mi wybaczyła, i czy w ogóle jest taka możliwość, że mi wybaczy.
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem z piskiem opon. Jechałem w stronę domu. Musiałem w końcu wziąć się za te papiery. Chcę mieć to jak najszybciej z głowy. Chociaż nie wiem, czy uda mi się dzisiaj coś zrobić. Za dużo się działo. Nie będę mógł przestać o niej myśleć, zresztą jak każdego dnia. Na prawdę nie wiem co się ze mną dzieje.
Ustałem na podjeździe i wyszłem z samochodu. Wchodząc do domu, zauważyłem list w skrzynce. Podniosłem go i wszedłem do środka. Ruszyłem do kuchni, prosto do lodówki. Wyjąłem z niej butelkę piwa i usiadłem na kanapie w salonie. Położyłem list na stoliku, aby otworzyć piwo. Oparłem się o oparcie kanapy i przechyliłem butelkę. Poczułem ulgę. Poczułem jakby wszystkie problemy odpłynęły. Jednak wiedziałem, że to tylko pozory.
Mój umysł opanowała Peg, znowu. Bijatyka od nowa odtworzyła się w mojej głowie. Wkurzyłem się na samo wspomnienie, co spowodowało, że uderzyłem nogą w stolik. Ochłonąłem.
Nie mogę tego tak zostawić - pomyślałem.

No dobra, nie spodziewałam się, że w tak krótkim czasie zdążycie nabić te 30 komentarzy. xd Ale cieszę się, że mam takich czytelników i mam nadzieję, że będzie Was coraz więcej. Ogromnie Wam dziękuje, za tyle wejść, komentarzy i obserwatorów, których ciągle przybywa - i dobrze! :)  Nie wiecie jaką sprawiacie mi radość! :) To ogromnie motywuje do dalszego pisania. Dlatego jeszcze raz OGROMNE DZIĘKI! xx Jestem Wam na prawdę wdzięczna za to wszystko! < 333
30 komentarzy = nowy rozdział



wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 8

*Louis*
Zatrzymałem się samochodem kilka przecznic dalej od biblioteki. Nie chciałem, żeby rozpoznała mojego samochodu. Z jednej strony nie wiedziałem, czy w ogóle zastanę Peg w bibliotece. Mogła zachorować, mogła nie przyjść do pracy. Ale miałem wielką nadzieję, że jednak będzie.
Otworzyłem drzwi od biblioteki i słyszałem brzęknięcie dzwonka wiszącego nad drzwiami. Skanowałem wnętrze budynku i dałem kilka kroków do przodu. W tle leciała cicha muzyczka. W bibliotece nie było nikogo. Podszedłem do blatu i miałem już zawołać kogoś, gdy nagle z zaplecza wyszedł chłopak.
- Dzień Dobry - przywitał się - Mogę w czymś pomóc? - zapytał chłopak.
- Tak - zignorowałem jego przywitanie, wolałem od razu przejść do sedna sprawy - Szukam dziewczyny. Wiem, że pracuje w bibliotece...
- Przykro mi, ale nie udzielam takich informacji, ze względu na wcześniejsze wydarzenia - przerwał mi.
- Chcę jedynie dowiedzieć się, czy pracuje tu taka dziewczyna - z trudem powstrzymywałem się od przywalenia mu w mordę.
- Czy nie wyraziłem się jasno? Nie podajemy takich informacji - mówił spokojnie, ale ja już taki nie byłem.
- Słuchaj! - wziąłem go za koszulkę i pociągnąłem w moją stronę - Jeżeli w tej chwili nie odpowiesz na moje pytanie, to nie będziesz miał już tak ładnej buźki. Zrozumiano? - kiwnął głową, a ja puściłem jego koszulkę.
- Pracuję tu dziewczyna o imieniu Peg? - zapytałem już spokojniej.
- Tak - odpowiedział, a jego głos drżał.
- Jest dzisiaj w pracy?
- Tak, właśnie poszła po kawę, powinna za chwilę przyjść.
- Poczekam na nią - powiedziałem i skierowałem się w stronę regału z książkami.
Chłopak siedział cicho, jak mysz pod miotłą. Chyba się mnie bał. Może trochę przesadziłem, ale nic na to nie poradzę, że szybko wpadam w złość. To jest po prostu w mojej naturze. Nic z tym nie da rady się zrobić. Nikt nie spowoduje, że nagle będę dobry. Nikt.
Usiadłem przy regale zaczytując się w jakiejś książce. Była dość ciekawa. Sam się dziwiłem, że w ogóle wziąłem książkę do ręki. Nigdy nie lubiłem czytać.
Nagle moje czytanie przerwał dzwoneczek zawieszony nad drzwiami. Wychyliłem się i zobaczyłem, że Peg już przyszła.
- Hej Josh - uśmiechnęła się do niego, podchodząc do blatu - Przepraszam, że tak długo, ale była straszna kolejka.
- Nic się nie stało - odpowiedział, odbierając od niej kubek kawy - Masz gościa - wskazał na mnie.
Peg się odwróciła w moją stronę i wyglądała jakby zobaczyła ducha. Kubek kawy, wyleciał z jej małych rąk. Jej usta otworzyły się w zdziwieniu. Wiedziałem, że nie była zadowolona z mojego widoku. Ale potrzebowałem ją zobaczyć, choć przez chwilę.
- Co ty tu robisz? - zapytała, kucając, aby podnieść kubek.
- Chciałem cię zobaczyć...porozmawiać - odpowiedziałem, również przychylając się.
Nasze ręce się dotknęły, a oczy złapały kontakt. Jednak Peg szybko zabrała swoją rękę z mojej.
- A nie pomyślałeś o tym, czy ja chcę cię zobaczyć? - wstała, a ja zrobiłem to samo, oddając jej kubek.
Odebrała go ode mnie, po czym wyrzuciła do kosza. Zobaczyłem, że chłopak nadal stoi za blatem.
Podszedłem do niego.
- Mógłbyś wyjść? Chcę porozmawiać z nią w cztery oczy - chłopak tylko kiwnął głową i szybko wyszedł na zaplecze.
Na moment zapadła cisza. Peg "niby" czegoś szukała w swojej torbie, a ja stałem. Stałem i myślałem co odpowiedzieć. Gdy już miałem się odezwać, nagle Peg wstała i odezwała się.
- Co mu zrobiłeś? - zapytała.
- Komu? - podniosłem brew, nie wiedząc o co jej chodzi.
- Josh'owi. Co mu zrobiłeś? - ponowiła pytanie.
- Nic.
- Musiałeś mu coś zrobić! On nigdy się tak nie zachowuje - podniosła głos.
- Nie mów do mnie takim tonem - powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- Bo co mi zrobisz?
- Nie chciałabyś wiedzieć - odpowiedziałem, a jej pewność z twarzy zniknęła.
Cofnęła się kawałek, odczułem to samo co wtedy gdy byliśmy w jej domu. Bała się mnie. Teraz też się mnie boi.
- Nie bój się mnie, proszę - patrzyłem jej prosto w oczy, ale widziałem w nich jedynie strach - Nie przyszedłem tutaj po to, abyś się mnie bała.
- Więc po co?
- Chciałem z tobą porozmawiać, zapytać się, czy sprawa z drzwiami została załatwiona - przysunąłem się do niej o parę kroków.
- Tak, wszystko już jest załatwione - powiedziała i zaczęła bawić się palcami - Ale mówiłam ci, że nie chcę twojej pomocy.
- Ja chciałem pomóc, w końcu to przeze mnie miałabyś kłopoty - gdy byłem wystarczająco blisko niej i chciałem ją przytulić, ona odsunęła się.
- Sama też bym dała radę.
- Nie wątpię w to, ale wolałem pomóc.
I znowu. Znowu zapadła cisza. Nie wiedziałem co mam w tej chwili zrobić. Jedyne co teraz chciałem to to, aby ją przytulić. Zabrać do siebie. Stała do mnie tyłem. Wzrokiem przejechałem wzdłuż jej ciała. Miała piękną figurę. Z łatwością mogłaby znaleźć chłopaka.
Emocje wzięły nade mną górę. Ruszyłem w jej stronę. Odwróciła się i patrzyła na mnie wystraszonym wzrokiem. Nie wiedziała co się dzieje. Złapałem ją za talię i z łatwością uniosłem, po czym posadziłem na blat. Rozszerzyłem jej nogi i stanąłem pomiędzy nimi.
- Louis, co ty robisz? - zapytała zszokowana.
- Mam ochotę na ciebie - odpowiedziałem, uśmiechając się.
Jej oczy się rozszerzyły, jakby za chwilę miały wylecieć z orbit.
- Louis przestań! - krzyknęła - Ktoś może w każdej chwili wejść i zobaczyć.
- To niech zobaczą - nadal trzymałem ją za talię, stojąc między jej nogami.
- Nie! Louis, odsuń się! - złapała moje ręce i odsunęła je.
- A jeżeli się nie odsunę? Co mi zrobisz? - zapytałem.
- To moja ręka może spotkać się z twoim policzkiem.
- Ostro pogrywasz - mruknąłem jej do ucha, powodując gęsia skórkę na jej szyi.
- Odsuń się - krzyknęła ponownie - Proszę.
Nie miałem takiego zamiaru. Chciałem się jeszcze z nią trochę podroczyć.

*Peg*
Krzyknęłam znowu, aby mnie puścił, ale tego nie zrobił. Wyrywałam się na wszystkie strony, dopóki nie przysunął się do mnie jeszcze bliżej. Czułam go przy swojej szyi i znieruchomiałam. Mruknął mi do ucha i od razu na mojej szyi pojawiła się gęsia skórka.
Josh słysząc moje krzyki wybiegł z zaplecza. Musiał się w końcu domyśleć, że coś jest nie tak między moją rozmową z Louis'em.
- Co się dzieje? - zapytał Josh, wybiegając z zaplecza.
- Nic - odpowiedział Louis - Możesz iść tam skąd przyszedłeś.
- Nie pytałem się Ciebie - odpyskował Josh.
Jednak Louis nim się nie przejmował. Przestał zwracać na niego uwagę i znowu odwrócił się do mnie. Kontynuując rozmowę, którą ja chciałam już skończyć.
- Porozmawiajmy... - znowu spojrzał się na Josh'a - Ale nie tutaj.
- Nie chcę z Tobą rozmawiać - powiedziałam i odepchnęłam go ode mnie, po czym szybko zeskoczyłam z blatu. Odwróciłam się z zamiarem udania się na zaplecze.
- Zaczekaj - złapał mnie za rękę i odwrócił do siebie.
- Puść mnie! - krzyknęłam.
- Nie! - w tej chwili zobaczyłam, jak jego oczy zmieniają kolor. Zamiast jasnego błękitu było czarne morze.
Zaczęłam się go jeszcze bardziej bać.
- Puść ją! - odezwał się Josh, nie w odpowiednim momencie.
- Nie odzywaj się skurwielu! - Louis krzyknął i puścił mój nadgarstek.
- Nie słyszałeś? Ona nie chcę z tobą rozmawiać, nie chcę nigdzie z tobą iść - byłam pełna podziwu odwagi Josh'a, że stawiał się Louis'owi. Ale wiedziałam, że źle zrobił, Louis za mocno był wkurzony.
- Czy kazał ci się ktoś odzywać szmato? - przybliżył się do Josh'a.
- Kurwa sam jesteś szmato i skurwielem, bo nie rozumiesz prostych słów takich jak 'nie chcę z tobą rozmawiać' - Josh również się przybliżył, byłam zdenerwowana, oni byli zbyt blisko siebie.
- Uspokójcie się! - wtrąciłam się w ich konwersację i weszłam między nimi.
- Radziłbym ci się odsunąć! - powiedział Louis, nie zwracając w ogóle na mnie uwagi. Był cały czas wpatrzony w Josh'a.
- Nie! - teraz Louis nie wytrzymał i mnie odepchnął.
- Myślisz, że jesteś taki odważny? - prowokował Louis.
- A ty co kurwa? Myślisz, że Peg będzie robiła wszystko co będziesz chciał? - myślałam, że on chociaż jest mądrzejszy, ale myliłam się.
- Nie myślę tak chuju pierdolony! - warknął Louis i naskoczył na Josh'a.
Akcja tak szybko się rozegrała, że nie zauważyłam jak obydwoje okładają się mocnymi ciosami. Louis miał przewagę, leżąc na Josh'u. Parę razy się obrócili się na podłodze, co powodowało, ze raz Louis, a raz Josh miał przewagę. Ale wygrana bardziej przesuwała się na stronę Louis'a. Nie mogłam już dłużej na to patrzeć, więc ruszyłam w ich stronę. Skoczyła Louis'owi na plecy, oplatając go rękami.
- Peg złaź ze mnie! - warknął był ostro wkurzony, ale nie mogłam się poddać.
- Nie! - jednak Louis szybko się ze mną uporał, ale chociaż te parę sekund pozwoliło Josh'owi złapać równowagi.
Louis odwrócił się w jego stronę. Nie widziałam twarzy Josh'a, ponieważ Louis zasłaniał mi ją swoim ciałem. Nie cackając się, ponownie przywalił Josh'owi w twarz. Wtedy dopiero zobaczyłam, że jest cała we krwi. Zasłoniłam usta rękoma. Byłam w szoku.

Uhuhu... Jaki dłuuugi rozdział! Ciągle widziałam komentarze typu: "Świetny rozdział.. Ale dlaczego piszesz takie krótkie rozdziały?" itp. Dlatego, proszę bardzo. Dłuugi rozdział i akcja się trochę rozwinęła! :)
Jak wam się podoba rozwinięcie akcji? 
30 komentarzy = nowy rozdział

środa, 4 grudnia 2013

Rozdział 7

*Peg*
Idąc przez park patrzyłam się na zakochane pary. Były na prawdę urocze i zazdrościłam im tego, że znaleźli swoją drugą połówkę. Nie przejmując się tym, szłam dalej. Pogrążyłam się w myślach. Nagle stając na środku, nie wiedziałam gdzie w ogóle zmierzam. Dlatego usiadłam na ławkę. Nadal pogrążona w własnych myślach. Nagle ktoś od tyłu podszedł do mnie.
- Zgadnij kto to? - zapytał męski głos, zasłaniając mi przy tym oczy.
- Josh? - odpowiedziałam pytaniem.
- Pudło - powiedział - Louis.
- Co Ty tu robisz? Śledzisz mnie? - ponownie zapytałam.
- Nie śledzę cię kochanie - powiedział i na jego twarzy pojawił się głupkowaty uśmieszek - Po prostu przechodziłem tędy.
- I Ty myślisz, że ja ci w to uwierzę? - podniosłam jedno brew.
- Nie musisz, bo przecież ty zawsze wiesz swoje.
- Nie, po prostu nie ufam tobie - powiedziałam.
- To zaufaj - poprosił.
- Nie mogę - opuściłam głowę, bawiąc się palcami.
- Chociaż spróbuj - przysunął się do mnie na tyle blisko, że czułam jak dotykają się nasze biodra - Ten jeden raz spróbuj.
- Powiedziałam ci już, że nie mogę... Nie potrafię...
- Nie możesz, czy nie chcesz? - dotknął mojego bodpródka i pociągnął do góry, abym na niego spojrzała.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie wiedziałam co w tej chwili do niego czuję. Nic nie wiedziałam! Potrzebowałam czasu na to wszystko. Potrzebowałam spokoju, aby to wszystko przemyśleć.
- Odpowiedz - warknął.
- Nie mogę... - powiedziałam, a on się odsunął - Nie mogę ci tego powiedzieć w tej chwili...
W głębi serca chciałam mu zaufać, ale nie potrafiłam. Bałam się. Bałam się, że mnie skrzywdzi..
- Potrzebuję czasu.
- Czasu na co? - zapytał zdziwiony.
- Na przemyślenie tego wszystkiego... Czasu na to, abym mogła ci zaufać - przysunęłam się do niego i dotknęłam jego klatki piersiowej.
- Dobrze, dam ci go - powiedział, patrząc mi prosto w oczy - Ale obiecaj mi, że chociaż spróbujesz.
- Obiecuję - powiedziałam, a on mnie przytulił.

- Peg, wstawaj! - usłyszałam głos mojej matki, który wyrwał mnie z mojego dziwnego snu - Spóźnisz się do pracy!
- Już wstaję! - odpowiedziałam i zwlekłam się z łóżka.
Byłam trochę zszokowana. Ten sen był bardzo dziwny. Naprawdę! Czasami boję się mojej wyobraźni. Nigdy bym nie potrafiła, a nawet nie chciała mu zaufać. W ogóle zacznijmy od tego, że nigdy nie chciałabym być jego dziewczyną. Nie wiem dlaczego tak go nie lubię. Przecież nic mi nie zrobił, nie zaszedł za skórę. To coś... To coś od środka mnie odpycha od niego. Może i lepiej, nie chcę teraz żadnej miłość lub coś w tym stylu.
Poszłam do łazienki, aby wziąć prysznic. Dzięki niemu, codziennie rano jakoś funkcjonowałam. Gdy wyszłam z łazienki, od razu skierowałam się w stronę kuchni. Kiedy zeszłam na dół, mojej matki nie było tam. Pewnie już wyszła, aby napić się z tymi swoimi koleżaneczkami. Czasami mnie to denerwowało. Zazdrościłam innym dziewczynom matek, które robiły im śniadania i przede wszystkim troszczyły się o nie... A nie to co u mnie. Matki ciągle nie ma, zawsze gdzieś pójdzie i wraca do domu o nie wiadomo której godzinie..
- Nie będę psuła sobie dnia przez taką matkę - pomyślałam.
Szybko zjadłam śniadanie i pobiegłam do pokoju, aby przebrać się w jakieś ciuchy.
Otworzyłam szafę i przegrzebałam ją całą. Po czym doszłam do wniosku, że nie mam w co się ubrać.
Przydałoby się pójść na jakieś zakupy, ale szkoda, że u mnie krucho z kasą. Dobrze, że w tym tygodniu dostaję wypłatę. Chociaż dużo jej nie ma i zapewne starczy, aby na jedno bluzkę. Ale dobre chociaż tyle, niż nic.
Po długim namyślę postanowiłam, że ubiorę T-shirt z biało czarnymi paskami i do tego czarne jeansy.
Wyszłam z domu i zamknęłam drzwi, po czym ruszyłam w stronę biblioteki.

*Louis*
Spojrzałem na zegarek. 7:45. Jak ten czas szybko leci, ostatni raz jak spojrzałem na zegarek była dopiero 21. Wtedy siedziałem z Niall'em i rozmawiałem. Właśnie rozmawiałem o dziewczynie...o Peg. Ciągle miałem ją przed oczami, próbowałem jakoś o niej zapomnieć, ale nie mogę. Kurwa nie mogę. Nie wiem dlaczego. Nigdy tak nie miałem. Zawsze gdy sprowadzałem dziewczynę do domu, to tylko na jedną noc. Zazwyczaj bywało tak, że jak się obudziłem, jej już nie było. Nie pamiętam żadnej z nich. A Peg? Z Peg nawet nie poszedłem do łóżka, nie przyprowadziłem do domu. Nic. A najbardziej ze wszystkich dziewczyn utkwiła mi w pamięci. Nie wiem co się ze mną dzieje. Dlatego postanowiłem się trochę oderwać i pojechać na siłownię z Niall'em.
Wyszedłem z salonu, przy okazji biorąc ze sobą kurtkę ze skóry i klucze do samochodu. Miałem jechać po niego do pracy, a stamtąd prosto na siłownię.
Wsiadłem do samochodu i odpaliłem go. Ruszyłem powoli, ale po chwili przyspieszyłem. Chciałem się tam znaleźć, jak najszybciej! Niestety moje przyspieszenie długo nie trwało, ponieważ zauważyłem, że psy stoją zaraz na poboczu. Nie chciałem mieć z nimi w tej chwili do czynienia... Dlatego zwolniłem.
Skręcałem, gdy w tym samym momencie zadzwonił mi telefon. Odebrałem.
- Cześć Louis - przywitał się Niall - Mam dla ciebie złą wiadomość.
- Cześć - odpowiedziałem na przywitanie, po czym dodałem - Jaką złą wiadomość?
- Niestety dzisiaj nie będę mógł z tobą pójść na siłownie.
- Oh... Ok, rozumiem.
- Stary naprawdę przepraszam cię, ale wypadło mi coś ważnego - kontynuował rozmowę.
- Nic się nie stało Niall, nie przepraszaj - uśmiechnąłem się sam do siebie - Każdemu coś wypadnie. Może innym razem? - zapytałem.
- Jasne - odpowiedział szybko - Teraz przepraszam, ale muszę już kończyć. Cześć - rozłączył się za nim zdążyłem odpowiedzieć.
Po zakończonej rozmowie zawróciłem. I od razu pomyślałem, że zobaczę co słychać u Peg. Zapytam się jej czy drzwi zostały już naprawione. Wiem, że nie będzie zadowolona z mojego widoku w bibliotece. Niestety nic nie poradzę, że potrzebuję ją zobaczyć.

No i mamy 7 rozdział! Wiem... Możecie być na mnie źli, bo 25 komentarzy już dawno się nabiło, a ja nowego rozdziału nie dodawałam, tak jak obiecałam. Naprawdę za to Was PRZEPRASZAM !!! xx Ale najzwyczajniej w świecie nie miałam czasu, a nawet weny. Ale najważniejsze jest to, że nowy rozdział w końcu się pojawił. Mam nadzieję, że się Wam spodobał. :) 
Piszcie w komentarzach co sądzicie o nowym rozdziale. 
Jak myślicie jak Peg zareaguje na widok Louis'a w bibliotece? Co powie? :)
Piszecie, że przesadziłam z tymi 35 komentarzami. Więc zmieniam.
25 komentarzy = nowy rozdział